sobota, 18 listopada 2017

lubię / nie lubię.

Lubię latać.
Lubię latać, lubię jeździć, lubię być w podróży i być już w miejscu docelowym. Wtedy to nawet lubię chodzić i robić wielokilometrowe trasy, dużo bardziej niż lubię spać do południa i leżeć i być nieprzydatna. Lubię szukać tanich przejazdów/przelotów, lubię szukać dobrych noclegów. Lubię robić zdjęcia muralom i ładnym budynkom. Pomnikom nie. Ludziom, z którymi jestem - zdecydowanie tak.

Lubię wchodzić najwyżej jak się da, mimo iż sapię wtedy niemiłosiernie. Lubię punkty widokowe i oglądać wszystko z góry. Lubię patrzeć na wszystko z wież kościelnych i z klifów.

Nie lubię opowiadać.
Nie lubię zaczynać zdania od "jak byłam w __ (wstaw dowolne miejsce, gdzie byłam)". Nie lubię, gdy takie zdania są moją jedyną sensowną odpowiedzią, kontynuacją rozmowy. Bo nie mam nic ciekawego do opowiedzenia na temat mojego siedzenia na dupie w mieście urodzenia, pod adresem zameldowania. I widzę wtedy te wywracające się gałki oczne moich współrozmówców, i słyszę jak myślą "ja jebie, znowu pierdoli o swoich wyjazdach, przechwala się i wywyższa".
No tyle, że nie.

Nie lubię, jak myślą, że jak pracuję w biurze podróży, to to biuro mi każe jeździć w tą i z powrotem. Że biuro stawia, a ja muszę się tylko spakować i kogoś pocałować w rękę, ewentualnie. Że dają, ja biorę, że na tym to polega.
No tyle, że nie.
W tym roku siedziałam dwadzieścia trzy razy w samolocie.
Ani razu nie była to podróż służbowa.

Ale zaraz, to skąd bym miała pieniądze, skąd bym miała urlopu na tyle, żeby przez ostatnie dwa lata co najmniej raz w miesiącu (z wyłączeniem lipca, sierpnia, czasem może czerwca) oznaczać się na fejsie, że jestem w drodze dokądś.
Nie wiem, może stąd, że zdarza mi się pracować więcej, niż sto sześćdziesiąt godzin miesięcznie. Może stąd, że nie upierdalam się siedmioma browarami co piąteczek na mieście. Może stąd, że nie palę. Może stąd, że mam tylko dwanaście par skarpetek. Może stąd, że sama sobie robię paznokcie. Może stąd, że jestem flądrą mieszkającą wciąż u rodziców i nie płacącą za dach nad głową (co szczerze mówiąc przestaje powoli być moim wstydem, pozdrawiam Mamę i Tatę, kocham). Może stąd, że mam trochę długów (pozdrawiam Siostrę, też kocham). Może stąd, że nierzadko wyjazd łączy się z odwiedzinami kogoś, kto lubi mnie na tyle, że udostępnia kawałek podłogi, materaca czy nawet łóżka (Ty wiesz, że w tym momencie Cię pozdrawiam).
A może stąd, że po prostu chce mi się szukać najtańszych opcji. Że chce mi się przesiadać, że chce mi się dojechać, że chce mi się targać cały dobytek na plecach. Że lubię tramwaje, a nie lubię taksówek. Że chce mi się szukać kogoś do dzielenia kosztów i że lubię sprawdzać ceny, a karta kredytowa jest błogosławieństwem, a nie przekleństwem.
Polować lubię. Siedzieć do świtu, układając najlepsze trasy. Żeby nie bolało w portfel. A potem lubię układać kosztorysy w exelu, pisać plany w wordzie, zaznaczać miejsca na mapach.

Lubię to, że jest listopad, a do końca mojego sezonu urlopowego zostało siedem miesięcy.
I już wiem, gdzie będę w grudniu i w styczniu, powoli dopinam luty.
I wciąż mam nadzieję, że obudzę się pewnego dnia z pomysłem jak z tego wszystkiego zacząć się utrzymywać.



piątek, 8 września 2017

ostatni raz na za krótkiej kanapie.

Moja praca jest dość specyficzna z wielu względów. Biuro podróży, które tak naprawdę nie jest biurem, a przestronnym mieszkaniem z antresolami. Mamy normalną kuchnię, mamy balkon i pokoje. Każdy ma swoje miejsce, jednak jeśli nie ma ochoty na biurową pozycję, może po prostu przenieść się na kanapę, ułożyć się z laptopem na kolanach i przykryć kocem, jeśli pogoda sygnalizuje koniec sezonu. Gotujemy, mamy ciapki i nie ubieramy się jak poważni ludzie. Przestałam się malować. Jeśli ktoś do pracy przychodzi prosto z treningu - jest prysznic, jest wanna, można się ogarnąć. Zdarza się nam zostać tu dłużej, już po pracy. Wypić drinka, pośmiać się. W szafce zawsze mamy paluszki.

Gdy zaczynałam tutaj, byłam przekonana, że to praca od poniedziałku do piątku, od ósmej do szesnastej. Potem elo, własne życie i zero zmartwień. Zderzenie z rzeczywistością boli do dziś. A najgorsze jest to, że nikt z zewnątrz totalnie nie rozumie na czym polega dyżur w weekend. Że od dziesiątej w sobotę do poniedziałku do ósmej tak naprawdę się pracuje. W domu, ale się pracuje. Nie bez przerwy, nawet nie większość czasu. Ale jeśli dzwoni telefon - odbierasz. A jeśli to środek sezonu, to dzwoni często. I musisz mieć wtedy dostęp do systemu, do maili, do bazy danych. Musisz pomóc. Bo masz dyżur. Więc nie pójdziesz na imprezę. A jeśli pójdziesz, to z telefonem i laptopem pod pachą. Telefon będzie miał włączony dźwięk, a całą imprezę przesiedzisz w trybie czuwania. Bo może ktoś będzie potrzebować pomocy.

-Kiedy kończysz pracę?
-W październiku. 

W październiku nie ma wyjazdów. W październiku łapie się oddech i potajemnie gra w makao. Ale i ogarnia się sezon zimowy. Tylko jest spokojniej, mniej, leniwiej. Przez chwilę, bo potem znowu się zaczyna.

W tym roku zapadła decyzja, że ostatnia zmiana, nocna, pracuje w biurze. Od szesnastej do ósmej następnego dnia. Chcesz, to się zdrzemnij. Trzy kanapy, jeden materac na antresoli. Ale jak o czwartej dzwoni telefon, to go odbierasz. A rano budzisz się przed ósmą, aby pierwsza zmiana mogła zacząć od zera. Bez odpowiadania na maile jeszcze sprzed północy.
Ja rozpoczęłam sezon na te zmiany, mój tydzień był pierwszy, a te noce były okropne. Na początku nie działo się nic. Nie znaczy to jednak, że mój organizm dostawał odpowiednią dawkę snu.
To mieszkanie trzeszczy. Trzeszczy podłoga, trzeszczy antresola i słupy. Włączają się drukarki, lodówka buczy, zmywarka piszczy i kot stuka w drzwi balkonowe. Plus stres, że coś będzie się działo, a ty nie usłyszysz telefonu. Do tego za krótka kanapa i poduszki z pierza (a jestem uczulona), nierzadko tarza się po nich pies menadżera (na psa jestem uczulona też). Koc za mały. Zimno, gorąco, chcę do domu.

I wstawałam kawał czasu przed ósmą, robiłam co miałam do zrobienia i znudzona czekałam na zmianę. W domu odsypiałam. Nikogo nie widziałam przez taki tydzień, nawet własnego ojca. Jadłam to, co w pośpiechu kupiłam sobie w sklepie i, słodki jeżu, roztyłam się okropnie. I było mi smutno.
Po kolejnym takim tygodniu miałam ochotę głośno mówić "dzień dobry" gdy wchodziłam do własnego mieszkania. Bo jakieś takie obce.

Przez ten styl życia i pracy, czas leciał jak szalony. Nigdy nie wiedziałam jaki był dzień tygodnia, ale sobota wjeżdżała momentalnie, jedna za drugą.

Dziś jest mój ostatni raz w tym sezonie. Moje ostatnie piżama party w biurze. I nawet faktycznie, pierwszy raz w tę piżamę się przebrałam.

Nie będę już podskakiwać na dźwięk szalejącej drukarki. Dziś moje ostatnie spanie na za krótkiej kanapie i poduszkach z pierza.
Dziś moja ostatnia nocka. Otwierałabym szampana, ale mam tylko te paluszki.

czwartek, 23 marca 2017

wzruszam ramionami.


Byłam z siebie taka dumna jak zaczynałam pisać. Myślałam, że jestem lepsza i mądrzejsza, bo nie poszłam na studia. Patrzcie, podziwiajcie i przyklaskujcie. Umiem lepiej w życie, wiem co robię, a robię kurwa karierę. Taka jestem najmądrzejsza, bo nie zarywam nocek nad książkami, bo nigdzie nie muszę być, nic mnie nie stresuje i nic mnie nie trzyma.
Dlaczego ja nie dostałam ani razu po ryju? 
I dlaczego wciąż ktokolwiek chce się ze mną bawić?
Ja bym nie chciała. 

Minęło mnóstwo czasu. Zdążyłabym już skończyć jakiś kierunek, może wiedziałabym coś więcej, może miałabym więcej możliwości, albo chociaż plan. A może jedynie zdobyłabym szacunek rodziny i usłyszałabym, że są dumni. A w środku wcale bym się nie czuła powodem do dumy.
Minęło mnóstwo czasu, a ja trochę zaczęłam inaczej patrzeć na studentów, wszystko jedno czy znajomych czy nie. To znaczy, ogółu dalej nie znoszę i kojarzy mi się źle, jednak trochę szanuję i trochę podziwiam. Serio.
Szczerze mówiąc miałam w tamtym roku moment, że sama chciałam się na studia zapisywać. Znalazłam uczelnię daleko od domu. Jedyny taki kierunek, jedyna taka szansa! Dorotka, przecież dałabyś sobie radę. Przecież chciałabyś umieć coś nowego. Przecież chciałabyś codziennie rano jeździć tramwajem (czy w Toruniu są tramwaje?) z książkami pod pachą, z kawą na wynos i z poczuciem przynależności. Z przekonaniem, że jak skończy się batalia o dobre oceny to zostanę kimś. Tylko, że zabrakło mi osiemdziesiąt złotych na opłatę rekrutacyjną. A potem pomyślałam, że przecież musiałabym pół życia rzucić i zostawić. I nikt by mi nie dał na stancję. I pewnie musiałabym się uczyć rzeczy, których bym nie chciała. A za osiemdziesiąt złotych to można kupić ważne, potrzebne rzeczy albo chociaż lot do Gdańska i z powrotem. Pierdolę.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Może już teraz byłabym w stanie dogadać się z jakimś Albańczykiem. A może rzuciłabym wszystko po miesiącu zmarnowawszy czas. I osiemdziesiąt złotych!
Więc w ten właśnie sposób znowu nie zostałam studentką.
To już czwarty raz!

Z jednej strony czuję się trochę jak ostatni przegryw. Tracę zainteresowanie wieloma rzeczami, jestem jeszcze bardziej leniwa niż kiedykolwiek byłam. Prawie przestałam się malować i cały czas chodzę w dresie (kupiłam trzy takie same pary, tak bardzo jestem zaangażowana w bycie leniwą i wygodną flądrą), czasem w wyblakłych leginsach (tych już nawet nie zliczę). W pokoju mam już cztery worki ze śmieciami, które po prostu leżą i czekają. Na co? Nie wiem, dziś wyniosę, obiecuję. Regularnie wynoszę naczynia do kuchni i ubrania do prania, ale nie pamiętam kiedy tak naprawdę sprzątałam. Dużo leżę i dużo śpię. Ogarnęłam multisporta ale prawie go nie używam. Nie robię nic. Przy moim obecnym stylu życia chyba nie dziwi to, że nic nie napisałam od sama nie pamiętam kiedy.
Z drugiej strony mam pierwszą w życiu umowę o pracę, resztki meksykańskiej opalenizny i bardzo udany rok za sobą. Od dłuższego czasu mniej więcej raz w miesiącu gdzieś wyjeżdżam, chociaż na chwilę. Chciałabym stwierdzić, że żałuję, że nie przeżywałam tego wszystkiego też tutaj, a moje opowieści kończyły się tam, gdzie ostatnie z pięciu zdań na szybko przesłanych najbliższym znajomym. Ale czy mój żal byłby istotny? Trochę wzruszam ramionami

Nie wiem, czy tu wracam. Na nic się nie nastawiam. 
Ah! Sprawdziłam! W Toruniu tramwaje.

niedziela, 29 maja 2016

wszystko zaczęło się układać.

To chyba serio jest tak, że głupi ma szczęście. No ale ile można. 
Od jakiegoś czasu ja się po prostu na tym szczęściu prześlizguję przez życie. 
Na ładne oczy i duże cycki urok osobisty. 

Po dwóch miesiącach spędzonych prawie na walizkach, po powrocie z Teneryfy, po zdaniu egzaminu na pilota (!), wszystko zaczęło się dziać i układać, samo.

Najpierw urząd pracy.
- Oooo, pani ma dwa języki. Bardzo dobra znajomość. Mariola, tam do tego biura podróży to musi być wyższe wykształcenie?
- No tak napisali.
- Ale pani tu ma dwa języki. I kurs pilota pani właśnie skończyła. Jak u pani z geografią? Ja panią tam skieruję, czemu nie, a może się uda. Bo pani jeszcze nie brała od nas stażu żadnego, prawda? Mariola, skierujemy panią. 
Nie zdążyłam się odezwać. Machnęłam kilka podpisów, dostałam do ręki kwit i wyszłam. Zaraz go rozłożyłam. Stanowisko: specjalista ds. turystyki. Parsknęłam śmiechem.

Potem przemiła rozmowa o ten staż.
Poumawiałam się na dni próbne, popatrzyłam na moje przyszłe obowiązki. I kazali mi czekać na telefon.
Potem ten telefon
szóstego maja dokładnie. 
- Hej Dorotka. Jesteś dyspozycyjna dziesiąty-siedemnasty? Bo robimy wyjazd szkoleniowy na Bałkany, pojechałabyś z nami. Tylko sobie weź jakiś pieniądz żeby mieć na jedzenie i może jakieś piwko. To co?
Tyle entuzjazmu to ja w sobie dawno nie miałam. Już byłam pogodzona z tym, że przez ponad pół roku nie opuszczę Lublina na dłużej niż weekend (i to przy dobrych wiatrach)
A tu proszę.Tydzień w trasie, ogrom kilometrów, prawie całe południe Europy. I do tego niespełna pięćdziesiąt obcych osób, zapakowanych ze mną w jeden autokar. Byłabym głupia, gdybym odmówiła. 

Potem ten wyjazd.
I wiecie co? Po raz pierwszy duża część moich obaw się spełniła. I magicznie się okazało, że nawet jeśli tak się dzieje, to nie jest to koniec świata. Bawiłam się średnio, bywało mi źle. Ale niespodzianka, przeżyłam. Po prostu po przekroczeniu progu domu się rozpłakałam. Po dziesięciu minutach całe ciśnienie ze mnie zeszło. Wzruszyłam ramionami, machnęłam ręką. Idziemy dalej. 

I kolejny świeży start.
Umowa o staż podpisana, tydzień przepracowany. Z jednej strony nie czuję się pewnie, z drugiej próbuję nakierować się na myślenie, że to jest to, czego mi teraz trzeba. 
Nie będę pilotażować w tym sezonie, to pewne. Ale będę miała z tym kontakt, ogarnę organizację z perspektywy biura, w końcu to cały czas turystyka, to cały czas ma związek z tym, co bym chciała robić. A więc nie ma, że boli. Nie ma, że się nie chce. Nie ma, że nie umiem usiedzieć w jednej pracy więcej niż kilka (trzy? pięć?) miesięcy. 
Co MUP złączył, niech moje lenistwo nie rozdziela, amen. 

Jeszcze kilka lat temu, za żadne skarby bym się nie zdecydowała na samotne weekendowe podróże do obcego miasta, żeby uczyć się czegoś, czego nawet nie jestem pewna. Z obcymi ludźmi. Nie zdecydowałabym się jechać nawet w tak atrakcyjnie wyglądającą podróż, nie mając chociaż jednej bliskiej osoby na siedzeniu obok. Nie zdecydowałabym się podejmować pracy, na której się zupełnie nie znam. 

A teraz? Wstaję koło szóstej rano. Makijaż, ubranie, włosy. Pakuję plecak, zakładam buty. I jeszcze przed samym wyjściem patrzę w lustro. Trochę po to, żeby sprawdzić, czy resztki śniadania nie zostały mi na brodzie. A trochę po to, żeby sobie powiedzieć, że jestem z siebie dumna
Tak troszkę. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

nie było łatwo.


To już dwa tygodnie od mojego powrotu z Teneryfy. Nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że zakochałam się w tej wyspie.
Zwyczajnie, praktycznie, logistycznie - nie było łatwo.
Mały kawałek ziemi, około osiemdziesiąt kilometrów długości. Ja na jednym końcu, lotnisko na drugim. To znaczy jedno z lotnisk. Bo przyleciałam na południowe, ale wylatywałam z północnego. Tak się robi tanie loty moi drodzy.
Całe szczęście są autobusy. Całe mnóstwo, nawet linie nocne. I moja historia zakończyłaby się właśnie na tym, że w autobus wsiadłam, przesiadłam się ze trzy razy i dojechałam na lotnisko.
Ale nie.

Lot miałam przed dziesiątą rano. A pierwszy autobus z Playa Paraíso około dziewiątej. Jeden jedyny, potem przesiadki. Nie było opcji. 
Mogłam pojechać ostatnimi. Około dwudziestej drugiej byłabym na miejscu, ale wizja koczowania przez dwanaście godzin na lotnisku? No me gusta.
A może stopem? Tym bardziej, że mimo przeżytych dwudziestu dwóch lat i przejechanych tysięcy kilometrów, nigdy nie jechałam stopem. Przygoda! 
Ale siostra, która mi towarzyszyła, była przerażona samą myślą. A znajomi Kai odradzili. Zaufałam, oni tam mieszkają, wiedzą lepiej.

Dzień przed wylotem wstałyśmy, spakowałyśmy się. Bez paniki, coś się ogarnie. 
Poszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy z wifi. Telefon w dłoń, może coś przeoczyłam. Prosząc o rachunek, poprosiłam też o pomoc. Jednak, mimo naprawdę ogromnych starań kilku kelnerów, nie dowiedziałam się niczego nowego. Autobusy jeżdżą, jak jeżdżą. Podziękowałam za chęci, słownie i napiwkiem, i ruszyłyśmy w kierunku wypożyczalni aut. Porażka. Bo jestem za młoda na auto, bo nie wypożyczają na mniej niż dwa dni. Taksówka? Koszt ponad stu euro. No kurwa.

Trudno, wracamy się dopakować i powoli się zbierać na wieczorną podróż autobusami. Żeby uniknąć dwunastogodzinnej imprezy na aeropuerto, zdecydowałyśmy, że poszukamy jakiegokolwiek noclegu w jego okolicy. Przechodziłyśmy koło knajpy, w której prosiłyśmy o pomoc. Kelnerzy nas rozpoznali i zawołali. Jeden z nich powiedział, że mają dziś fiestę, na której będzie jego przyjaciel, który mieszka gdzieś na północy wyspy. 
I w sumie, to może nas tam zawieźć.

Zrobiłyśmy wielkie oczy, a w głowie szybko zrobiłyśmy listę za i przeciw.
Z kraju nas nie wywiozą. Poza wyspę też może być ciężko. Pustynia? Puszcza? Mała wyspa, w końcu znajdziemy cywilizację. Burdel? Na organy? Damy sobie radę, byle nie dać się rozdzielić. A może się polubimy, zaadoptuje nas i zostaniemy żyć w tym pięknym miejscu? Na pewno zaoszczędzimy i czas i euro. I nerwy, które by towarzyszyły przesiadkom.
Usiadłyśmy na kolejną kawę, znalazłam spanie. Jedenaście euro za łeb.

Dwadzieścia minut później, pojawił się kelner. Przyprowadził chyba najbardziej nieśmiałego hiszpana, jakiego w życiu widziałam. Młody, aparat na zębach, wpatrzony w swoje buty. I podobny do Jarosława Boberka. Zaraz obok pojawiła się jego żona, z wózkiem.
Spoglądając na dziecko, które było niemalże gwarancją, że nie umrzemy na autostradzie, umówiliśmy się na dziewiętnastą, w knajpie, już z bagażami.

Ostatnie spacery.
Ostatnie zdjęcia.
Ostatnie piwa i ośmiorniczki.
Doczołgałyśmy się, zapakowałyśmy się do auta i wio. Niezręcznych rozmów było w sam raz. Po dotarciu do centrum La Laguny, żona zaprowadziła nas prawie za ręce, pod samo wejście do kamieniczki, w której miałyśmy nocleg. Pochwaliła mój hiszpański. Nie chciała pieniędzy, a ja nie umiałam wystarczająco podziękować. Do tej pory, na samą myśl, czuję ogrom wdzięczności, ale i wstyd, że nie umiałam jej wyrazić. 

Rano taksówka za ostatnie siedem euro.
Ostatni wschód słońca.
Ostatnie spojrzenie na wulkan Teide.