czwartek, 23 marca 2017

wzruszam ramionami.


Byłam z siebie taka dumna jak zaczynałam pisać. Myślałam, że jestem lepsza i mądrzejsza, bo nie poszłam na studia. Patrzcie, podziwiajcie i przyklaskujcie. Umiem lepiej w życie, wiem co robię, a robię kurwa karierę. Taka jestem najmądrzejsza, bo nie zarywam nocek nad książkami, bo nigdzie nie muszę być, nic mnie nie stresuje i nic mnie nie trzyma.
Dlaczego ja nie dostałam ani razu po ryju? 
I dlaczego wciąż ktokolwiek chce się ze mną bawić?
Ja bym nie chciała. 

Minęło mnóstwo czasu. Zdążyłabym już skończyć jakiś kierunek, może wiedziałabym coś więcej, może miałabym więcej możliwości, albo chociaż plan. A może jedynie zdobyłabym szacunek rodziny i usłyszałabym, że są dumni. A w środku wcale bym się nie czuła powodem do dumy.
Minęło mnóstwo czasu, a ja trochę zaczęłam inaczej patrzeć na studentów, wszystko jedno czy znajomych czy nie. To znaczy, ogółu dalej nie znoszę i kojarzy mi się źle, jednak trochę szanuję i trochę podziwiam. Serio.
Szczerze mówiąc miałam w tamtym roku moment, że sama chciałam się na studia zapisywać. Znalazłam uczelnię daleko od domu. Jedyny taki kierunek, jedyna taka szansa! Dorotka, przecież dałabyś sobie radę. Przecież chciałabyś umieć coś nowego. Przecież chciałabyś codziennie rano jeździć tramwajem (czy w Toruniu są tramwaje?) z książkami pod pachą, z kawą na wynos i z poczuciem przynależności. Z przekonaniem, że jak skończy się batalia o dobre oceny to zostanę kimś. Tylko, że zabrakło mi osiemdziesiąt złotych na opłatę rekrutacyjną. A potem pomyślałam, że przecież musiałabym pół życia rzucić i zostawić. I nikt by mi nie dał na stancję. I pewnie musiałabym się uczyć rzeczy, których bym nie chciała. A za osiemdziesiąt złotych to można kupić ważne, potrzebne rzeczy albo chociaż lot do Gdańska i z powrotem. Pierdolę.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Może już teraz byłabym w stanie dogadać się z jakimś Albańczykiem. A może rzuciłabym wszystko po miesiącu zmarnowawszy czas. I osiemdziesiąt złotych!
Więc w ten właśnie sposób znowu nie zostałam studentką.
To już czwarty raz!

Z jednej strony czuję się trochę jak ostatni przegryw. Tracę zainteresowanie wieloma rzeczami, jestem jeszcze bardziej leniwa niż kiedykolwiek byłam. Prawie przestałam się malować i cały czas chodzę w dresie (kupiłam trzy takie same pary, tak bardzo jestem zaangażowana w bycie leniwą i wygodną flądrą), czasem w wyblakłych leginsach (tych już nawet nie zliczę). W pokoju mam już cztery worki ze śmieciami, które po prostu leżą i czekają. Na co? Nie wiem, dziś wyniosę, obiecuję. Regularnie wynoszę naczynia do kuchni i ubrania do prania, ale nie pamiętam kiedy tak naprawdę sprzątałam. Dużo leżę i dużo śpię. Ogarnęłam multisporta ale prawie go nie używam. Nie robię nic. Przy moim obecnym stylu życia chyba nie dziwi to, że nic nie napisałam od sama nie pamiętam kiedy.
Z drugiej strony mam pierwszą w życiu umowę o pracę, resztki meksykańskiej opalenizny i bardzo udany rok za sobą. Od dłuższego czasu mniej więcej raz w miesiącu gdzieś wyjeżdżam, chociaż na chwilę. Chciałabym stwierdzić, że żałuję, że nie przeżywałam tego wszystkiego też tutaj, a moje opowieści kończyły się tam, gdzie ostatnie z pięciu zdań na szybko przesłanych najbliższym znajomym. Ale czy mój żal byłby istotny? Trochę wzruszam ramionami

Nie wiem, czy tu wracam. Na nic się nie nastawiam. 
Ah! Sprawdziłam! W Toruniu tramwaje.

niedziela, 29 maja 2016

wszystko zaczęło się układać.

To chyba serio jest tak, że głupi ma szczęście. No ale ile można. 
Od jakiegoś czasu ja się po prostu na tym szczęściu prześlizguję przez życie. 
Na ładne oczy i duże cycki urok osobisty. 

Po dwóch miesiącach spędzonych prawie na walizkach, po powrocie z Teneryfy, po zdaniu egzaminu na pilota (!), wszystko zaczęło się dziać i układać, samo.

Najpierw urząd pracy.
- Oooo, pani ma dwa języki. Bardzo dobra znajomość. Mariola, tam do tego biura podróży to musi być wyższe wykształcenie?
- No tak napisali.
- Ale pani tu ma dwa języki. I kurs pilota pani właśnie skończyła. Jak u pani z geografią? Ja panią tam skieruję, czemu nie, a może się uda. Bo pani jeszcze nie brała od nas stażu żadnego, prawda? Mariola, skierujemy panią. 
Nie zdążyłam się odezwać. Machnęłam kilka podpisów, dostałam do ręki kwit i wyszłam. Zaraz go rozłożyłam. Stanowisko: specjalista ds. turystyki. Parsknęłam śmiechem.

Potem przemiła rozmowa o ten staż.
Poumawiałam się na dni próbne, popatrzyłam na moje przyszłe obowiązki. I kazali mi czekać na telefon.
Potem ten telefon
szóstego maja dokładnie. 
- Hej Dorotka. Jesteś dyspozycyjna dziesiąty-siedemnasty? Bo robimy wyjazd szkoleniowy na Bałkany, pojechałabyś z nami. Tylko sobie weź jakiś pieniądz żeby mieć na jedzenie i może jakieś piwko. To co?
Tyle entuzjazmu to ja w sobie dawno nie miałam. Już byłam pogodzona z tym, że przez ponad pół roku nie opuszczę Lublina na dłużej niż weekend (i to przy dobrych wiatrach)
A tu proszę.Tydzień w trasie, ogrom kilometrów, prawie całe południe Europy. I do tego niespełna pięćdziesiąt obcych osób, zapakowanych ze mną w jeden autokar. Byłabym głupia, gdybym odmówiła. 

Potem ten wyjazd.
I wiecie co? Po raz pierwszy duża część moich obaw się spełniła. I magicznie się okazało, że nawet jeśli tak się dzieje, to nie jest to koniec świata. Bawiłam się średnio, bywało mi źle. Ale niespodzianka, przeżyłam. Po prostu po przekroczeniu progu domu się rozpłakałam. Po dziesięciu minutach całe ciśnienie ze mnie zeszło. Wzruszyłam ramionami, machnęłam ręką. Idziemy dalej. 

I kolejny świeży start.
Umowa o staż podpisana, tydzień przepracowany. Z jednej strony nie czuję się pewnie, z drugiej próbuję nakierować się na myślenie, że to jest to, czego mi teraz trzeba. 
Nie będę pilotażować w tym sezonie, to pewne. Ale będę miała z tym kontakt, ogarnę organizację z perspektywy biura, w końcu to cały czas turystyka, to cały czas ma związek z tym, co bym chciała robić. A więc nie ma, że boli. Nie ma, że się nie chce. Nie ma, że nie umiem usiedzieć w jednej pracy więcej niż kilka (trzy? pięć?) miesięcy. 
Co MUP złączył, niech moje lenistwo nie rozdziela, amen. 

Jeszcze kilka lat temu, za żadne skarby bym się nie zdecydowała na samotne weekendowe podróże do obcego miasta, żeby uczyć się czegoś, czego nawet nie jestem pewna. Z obcymi ludźmi. Nie zdecydowałabym się jechać nawet w tak atrakcyjnie wyglądającą podróż, nie mając chociaż jednej bliskiej osoby na siedzeniu obok. Nie zdecydowałabym się podejmować pracy, na której się zupełnie nie znam. 

A teraz? Wstaję koło szóstej rano. Makijaż, ubranie, włosy. Pakuję plecak, zakładam buty. I jeszcze przed samym wyjściem patrzę w lustro. Trochę po to, żeby sprawdzić, czy resztki śniadania nie zostały mi na brodzie. A trochę po to, żeby sobie powiedzieć, że jestem z siebie dumna
Tak troszkę. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

nie było łatwo.


To już dwa tygodnie od mojego powrotu z Teneryfy. Nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że zakochałam się w tej wyspie.
Zwyczajnie, praktycznie, logistycznie - nie było łatwo.
Mały kawałek ziemi, około osiemdziesiąt kilometrów długości. Ja na jednym końcu, lotnisko na drugim. To znaczy jedno z lotnisk. Bo przyleciałam na południowe, ale wylatywałam z północnego. Tak się robi tanie loty moi drodzy.
Całe szczęście są autobusy. Całe mnóstwo, nawet linie nocne. I moja historia zakończyłaby się właśnie na tym, że w autobus wsiadłam, przesiadłam się ze trzy razy i dojechałam na lotnisko.
Ale nie.

Lot miałam przed dziesiątą rano. A pierwszy autobus z Playa Paraíso około dziewiątej. Jeden jedyny, potem przesiadki. Nie było opcji. 
Mogłam pojechać ostatnimi. Około dwudziestej drugiej byłabym na miejscu, ale wizja koczowania przez dwanaście godzin na lotnisku? No me gusta.
A może stopem? Tym bardziej, że mimo przeżytych dwudziestu dwóch lat i przejechanych tysięcy kilometrów, nigdy nie jechałam stopem. Przygoda! 
Ale siostra, która mi towarzyszyła, była przerażona samą myślą. A znajomi Kai odradzili. Zaufałam, oni tam mieszkają, wiedzą lepiej.

Dzień przed wylotem wstałyśmy, spakowałyśmy się. Bez paniki, coś się ogarnie. 
Poszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy z wifi. Telefon w dłoń, może coś przeoczyłam. Prosząc o rachunek, poprosiłam też o pomoc. Jednak, mimo naprawdę ogromnych starań kilku kelnerów, nie dowiedziałam się niczego nowego. Autobusy jeżdżą, jak jeżdżą. Podziękowałam za chęci, słownie i napiwkiem, i ruszyłyśmy w kierunku wypożyczalni aut. Porażka. Bo jestem za młoda na auto, bo nie wypożyczają na mniej niż dwa dni. Taksówka? Koszt ponad stu euro. No kurwa.

Trudno, wracamy się dopakować i powoli się zbierać na wieczorną podróż autobusami. Żeby uniknąć dwunastogodzinnej imprezy na aeropuerto, zdecydowałyśmy, że poszukamy jakiegokolwiek noclegu w jego okolicy. Przechodziłyśmy koło knajpy, w której prosiłyśmy o pomoc. Kelnerzy nas rozpoznali i zawołali. Jeden z nich powiedział, że mają dziś fiestę, na której będzie jego przyjaciel, który mieszka gdzieś na północy wyspy. 
I w sumie, to może nas tam zawieźć.

Zrobiłyśmy wielkie oczy, a w głowie szybko zrobiłyśmy listę za i przeciw.
Z kraju nas nie wywiozą. Poza wyspę też może być ciężko. Pustynia? Puszcza? Mała wyspa, w końcu znajdziemy cywilizację. Burdel? Na organy? Damy sobie radę, byle nie dać się rozdzielić. A może się polubimy, zaadoptuje nas i zostaniemy żyć w tym pięknym miejscu? Na pewno zaoszczędzimy i czas i euro. I nerwy, które by towarzyszyły przesiadkom.
Usiadłyśmy na kolejną kawę, znalazłam spanie. Jedenaście euro za łeb.

Dwadzieścia minut później, pojawił się kelner. Przyprowadził chyba najbardziej nieśmiałego hiszpana, jakiego w życiu widziałam. Młody, aparat na zębach, wpatrzony w swoje buty. I podobny do Jarosława Boberka. Zaraz obok pojawiła się jego żona, z wózkiem.
Spoglądając na dziecko, które było niemalże gwarancją, że nie umrzemy na autostradzie, umówiliśmy się na dziewiętnastą, w knajpie, już z bagażami.

Ostatnie spacery.
Ostatnie zdjęcia.
Ostatnie piwa i ośmiorniczki.
Doczołgałyśmy się, zapakowałyśmy się do auta i wio. Niezręcznych rozmów było w sam raz. Po dotarciu do centrum La Laguny, żona zaprowadziła nas prawie za ręce, pod samo wejście do kamieniczki, w której miałyśmy nocleg. Pochwaliła mój hiszpański. Nie chciała pieniędzy, a ja nie umiałam wystarczająco podziękować. Do tej pory, na samą myśl, czuję ogrom wdzięczności, ale i wstyd, że nie umiałam jej wyrazić. 

Rano taksówka za ostatnie siedem euro.
Ostatni wschód słońca.
Ostatnie spojrzenie na wulkan Teide.



czwartek, 31 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej. [2]

O czwartej rano w czwartek byłam już w drodze na lotnisko. Torba była lżejsza, a ja o dziwo szybko uciszyłam w sobie potrzebę snu. Sunęłam z góry na dół, na stację. Przydałyby mi się słuchawki. No cóż.
Kupiłam bilet za ostatnie drobne, wsiadłam. Pusto. Pusto i gorąco. Bez emocji patrzyłam na tablicę informującą o kolejnych stacjach. Wiedziałam, gdzie mam wysiąść. 
I wiedziałam, że muszę wysiąść sprawnie, bo mam trzy minuty na przesiadkę. 
Nie wpadło mi do głowy, że mój pociąg może przyjechać za późno. Albo ten drugi za wcześnie. Zdążyłam mu tylko pomachać. Następny? Za trzydzieści trzy minuty. 
Ja pierdolę.

Zimne powietrze pozwalało mi trzeźwo myśleć. Wyszłam ze stacji, znalazłam przystanek autobusowy. Trzy minuty do sto dziesiątki na port lotniczy, jestem uratowana.
Pogratulowałam sobie tej męskiej decyzji o autobusie zaraz po przyjeździe na lotnisko. 
Bo kolejki były niesamowite. Nie zdążyłabym na samolot, gdybym została na stacji i czekała na kolejny pociąg. 

Stałam bardzo długo, niecierpliwie tupiąc nóżką i przewracając oczami za każdym razem, gdy jakiś pasażer wracał się kilka razy przez bramkę do bagażu, bo czegoś nie wyjął. Albo czegoś z siebie nie zdjął. No kurwa, przy security był nawet wyświetlany film, pokazujący jak się przez tę kontrolę przechodzi. Ale nie. Trzy butelki wody w podręcznym i dwa kilo biżuterii na sobie to świetny plan na umilenie wszystkim lotniskowych procedur. Chciałabym kiedyś dobrać się do tyłków różnych ludzi na lotniskach. W sensie, że chciałabym grzecznie opowiedzieć, jak się kurwa nie lata. I nie zachowuje. 
I za co powinno się karać. Karami cielesnymi. Mam całkiem sporo do powiedzenia. A jeśli to miałoby w jakiś sposób ograniczyć pewne zachowania i sprawić, że życie lotniskowe stanie się przyjemniejsze, to może ja już zacznę pisać

Nie piszczałam, nie macali, nie kazali rozkręcać aparatu, ale moja kurtka została wylosowana do kontroli. Gratulacje
Okazałam się nie być kryminalistą zamachowcem, zabrałam cały swój dobytek, dotarłam do wyjścia do samolotu i od razu ustawiłam się w kolejkę. Tym razem przydzielili mi miejsce w środku. Między dwójką obcych ludzi, bez słuchawek. Olaboga.
To tylko czterdzieści minut, dam radę. Poczytam sobie, pouczę się, prześpię. Cokolwiek. Chciałaś latać, to masz. Coś za coś

Weszłam na pokład. Jakaś niunia siadła po mojej prawicy, miejsce przy oknie długo zostawało puste. Wiedziałam, że nie mam już szans na tak miłą zamianę, jaka to miała miejsce w tamtą stronę. Siedziałam zbyt daleko od rzędów przy wyjściach awaryjnych. 
I wiesz co? 
Nie do końca miałam rację
Steward zabrał niunię siedzącą przy przejściu. 
To mogłam być ja. Ale ja nie siedziałam z brzegu. 

Zaraz pojawił się typ od miejsca przy oknie. Już zaczęłam wstawać, już zaczynałam go puszczać do jego fotela. Nie wyczołgałam się jeszcze ze swojego rzędu, a jego też zabrali. On też poszedł mieć komfort

Dorotka, nie płacz. Nie płacz kurwa, większe tragedie się dzieją na świecie. Nie płacz kurwa mówię, głód, powodzie i choroby. No zobacz, znowu masz trzy miejsca dla siebie. Nie jest tak źle, co? Jest w sumie całkiem w porządku, całkiem korzystnie. Zobacz, możesz sobie położyć sweter na jednym siedzeniu, książkę na drugim, a sama możesz przez całą drogę robić zdjęcia chmurkom, ale super. Jasne strony, Dorotka. Jasne strony. 

Godzinę później paliłam już papierosa w oczekiwaniu na transfer do centrum stolicy. 
W busie dosiadł się do mnie pan. Zagadał o pogodzie, a potem przez całe pięćdziesiąt minut wymienialiśmy się doświadczeniami z różnych europejskich lotnisk. Pod Pałacem Kultury życzyliśmy sobie miłego dnia i wszystkiego dobrego, efektownie się potknęłam i poszłam w swoją stronę. W stronę marketu, bo umierałam już z głodu. Zakupy jednak oddałam bezdomnemu i z litrem wody pojechałam na busa do domu. 

Moje własne łóżko dawno nie było takie wygodne.

niedziela, 27 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej.

Trzeci weekend w Warszawie. Powoli zaczynam się czuć jak słoik. Tym bardziej, że już z jednym przyjechałam. W ostatniej chwili zgarnęłam spaghetti mojej siostry, co trochę mnie uratowało. Bo ta impreza trzepie mnie po kieszeni. I nawet nie mam na myśli cen samego kursu. 
Chciałabym móc rzucić jedzenie. Albo chodzić do tej Warszawy na piechotę. Bo takich wydatków jak szybki obiad czy dojazd nie brałam w ogóle pod uwagę. Czy to ta słynna dorosłość znowu dobiera mi się do tyłka?

I znowu to samo. Bus o najgorszej możliwej godzinie, wcale nie za złotówkę, jak to obiecują. Pełny. Jeszcze dwie minuty przed odjazdem wydawało mi się, że nikt się nie dosiądzie. A potem do busa weszły erasmusy. Hiszpańskie, oczywiście. 
Jako dobry człowiek, powiedziałam jednemu, że miejsce koło mnie jest wolne. Trudno, niech stracę. Karma widzi i tak dalej. No i posypały się pytania. „O, mówisz po hiszpańsku? Gdzie jedziesz? A po co?” Zaraz pożałowałam mojego dobrego serca, przerażona, że będzie do mnie mówić przez całe trzy godziny. Na szczęście zajęli się głośnymi rozmowami tylko w swoim gronie. 

Jestem za połową kursu. Były już pierwsze łzy i pierwsze słowa deklarujące przywiązanie. Nie moje, ale w środku zgadzałam się ze wszystkim, co usłyszałam. Nawet jeśli nie dane jest mi być pilotem (tfu tfu), to szkolenie było kawałem dobrej decyzji. Chociażby ze względu na dobrą zabawę i chwilowe poczucie, że jestem na miejscu. W prawdzie przeplatane co jakiś czas pytaniem „co ja tu robię”, ale co raz rzadziej. Za tydzień ostanie zajęcia, za trzy - egzamin. Zobaczymy.

W poniedziałek zrobiłam to, co lubię najbardziej. Wsiadłam w samolot.

Jeszcze w kolejce do kontroli bezpieczeństwa podsłuchałam, że młodzi rodzice uwielbiają tę trasę. Jest świetna do oswajania dzieci z lataniem. I faktycznie, po godzinie stawiłam się w kolejce do boardingu, a gdzie wzrokiem nie sięgnąć, biegały małe rozdarte człowieczki. Naliczyłam dwanaście. Potem jeszcze kilka. 
I sobie pomyślałam ni mniej ni więcej jak „o kurwa”
Byłam przekonana, że co najmniej jeden gówniarz będzie siedział za mną, a jakiś drugi koło mnie. I jeden będzie mnie kopał w fotel, a drugi będzie chciał wstawać i chodzić i zwiedzać (a miejsce miałam przy przejściu). Albo co gorsza - nawiązywać kontakt. 
Nie no, dzieci są całkiem znośne. Niektóre. Czasami. Czasem trochę śmieszne. Ale nie w samolocie. To się po prostu nie łączy. Ja nie chcę, ja proszę je wszystkie nadać do luku

Wspięłam się na pokład, znalazłam miejsce, a przeczucia mnie zawiodły. W moim rzędzie ani jednego dzieciaka, wręcz przeciwnie - starsza para. A niech będzie, nie ma tragedii, raczej będą grzeczni. I wrzuciłam bagaż na półkę, rozsiadłam się i zaczęłam rozplątywać słuchawki. Moje pierwsze porządne słuchawki, starannie wybrane, przemyślane i wymienione za worek złotych monet. 

Podeszła do mnie stewardessa z pytaniem, czy mogę się przesiąść o jedno miejsce do tyłu. Popatrzyłam jej głęboko w oczy i nie zdradzając żadnych emocji, rozpięłam pasy. Wiedziałam, co jest z tyłu. Mistyczna kraina ogromnej przestrzeni na nogi. No i wyjście awaryjne, ale kogo obchodzi wyjście awaryjne, kiedy możesz swobodnie uprawiać jogę jednocześnie na siedzeniach i podłodze? Nie mnie. Nigdy tam nie siedziałam. Dziesięć (jedenaście?) lat temu zaliczyłam pierwszy lot, do tej pory nigdy tam nie siedziałam. Od czterech lat mogę. Serio, nigdy wcześniej tam nie siedziałam. 

Wskoczyłam na środkowe siedzenie. Nikogo po prawej, nikogo po lewej. Trzy miejsca moje. Okno moje. Podłokietniki moje. I moje wyciągnięte nogi. Wystartowaliśmy, założyłam słuchawki. Na twarzy rysował mi się uśmiech, czułam się jak król życia
Oh, jak mi dobrze. 
I było mi tak dobrze ze czterdzieści minut, bo po takim czasie wylądowaliśmy. Zaczęłam się zbierać, zrelaksowana i szczęśliwa. I nie zebrałam się do końca. Najprawdopodobniej zostawiłam słuchawki. 
Proszę o minutę ciszy. Ja wciąż jestem w głębokiej żałobie

Spaliłam papierosa, złapałam skmkę. Już nie było mi tak wesoło. Rozważałam płacz w pociągu, bo chyba jeszcze tego nie robiłam. Na pewno nie w Trójmieście. 

Następnego dnia gorąca czekolada z piankami nad zatoką i sama zatoka trochę poprawiły mi humor. W głowie tłukła mi się wielokrotnie słyszana opowieść o moim pierwszym spotkaniu z morzem (czteroletnia ja i moje „ale wanna!” jako pierwsza reakcja na ogrom wody przede mną), trochę tęsknot, trochę strachów, ale głownie spokój, ład i porządek. Gdyński bulwar był szokiem dla organizmu, który dopiero co uciekł ze stolicy. Dobrze mi było. I dość znajomo, bo kiedyś co najmniej raz w roku bywałam w tym miejscu, w którym mnie teraz goszczono. 

Nie zrobiłam wszystkiego, co chciałam. 
Nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam.
No i trudno, będę musiała przyjechać (przylecieć!) jeszcze raz.
Jak będzie cieplej, bo przegwizdało mnie konkretnie.
Ale co jak co, dawno mi się tak dobrze nie spało.
Jeśli dobry sen ma mnie kosztować dziewięć złotych w jedną stronę, to ja to kupuję.