środa, 5 listopada 2014

nie wiem, jak wygląda schab po bosmańsku.

Przez całe życie miałam milion pomysłów na to, kim zostanę, jak będę duża. Przerabiana była piosenkarka, malarka, pisarka, ksiądz, jubiler, pilot, taksówkarz, kierowca autobusu, polityk, fryzjer... Pamiętam, że chciałam też robić perfumy, organizować imprezy lub koncerty, projektować ogrody, malować kubki albo sprzedawać przeróżne rzeczy. Myślałam też o aktorstwie, projektowaniu kostiumów, operowaniu kamerą, ilustrowaniu książek i lepieniu sztucznych szczęk. Ah, jeszcze oczywiście fotograf lub pilot wycieczek!
(I chciałam studiować. We Wrocławiu albo najlepiej w Oxfordzie. Co ambicje.)

Pomysłów było pewnie jeszcze osiem razy tyle, ale dziewięćdziesiąt procent tego to tylko luźne idee, w kierunku realizacji których mi się wcale nie spieszyło. Zresztą, wiele z nich trzeba było odrzucić, czy z braku talentu czy z braku penisa. 

O kuchni chyba nie pomyślałam nigdy. Fakt, trafiły się w moim życiu trzy osoby, które mi pokazały, że to może być fajne. Jedna z nich to Sookie St. James z Gilmore Girls, druga to Monica Geller z Przyjaciół, a trzecia to już prawdziwa żyjąca osoba, z którą miałam przyjemność zrobić wiele pijanych pizz i makaronów. 

Tyle razy się już rozwodziłam nad tym, jak mi się to zaczyna podobać, jak mi dobrze idzie, jak się z tym dobrze czuję i jak bardzo lubię moją pracę, że trochę mi wstyd powtarzać to kolejny raz. Ale kurwa, tak jest. 

No ale, żeby nie było zbyt kolorowo. 
Nudzę się. 
Moja praca mi się nudzi.
Moje życie pracownika mi się nudzi.
Codzienne wstawanie, codzienna podróż czternastką pełną słoików, codzienne osiem godzin w tych samych ścianach z tymi samymi ludźmi i z tym samym menu. O, to jest zabawna sprawa. Nudzi mi się menu, mimo iż jeszcze nie ogarnęłam go całego. Nie wiem, czy ryba idzie z ziemniakami. Nie wiem, gdzie są steki wieprzowe. Nie wiem, jak w końcu wygląda ten pieprzony schab po bosmańsku. 

I okropnie mnie wszystko boli. W ciągu miesiąca odpierdoliłam roczny łorkałt, jestem tego pewna. Wieczne zakwasy, wieczne bóle mięśni, stawów. Wszystko. 
I zmęczona jestem i nie umiem odpocząć. Weekend to za mało, żeby nabrać sił. Nawet jeśli grzecznie przeleżę go w łóżku. Zmęczona jestem do tego stopnia, że nawet za pisanie jest mi się ciężko zebrać. Co widać. 

Mija dziś dokładnie miesiąc od ostatniej notki. Fakt, trochę się działo, ale jednak zmęczenie wygrało z brakiem czasu. Miałam w planie zrobić apdejt, opowiedzieć po kolei co i jak, ale wyszło długo i nudno. A mi nudno wcale nie było. W wielkim skrócie:
przede wszystkim dostałam pracę. No ale to oczywista oczywistość. Zrobiłam w sumie ze trzysta pięćdziesiąt kilometrów Passatem, zakochuję się. Wreszcie zaliczyłam kolejny koncert Patologii. Ulepiłam kilogramy pierogów, zintegrowałam się z dwójką współpracowników na piwie i wygrałam w bilarda. Spóźniłam się w filharmonię. Chorowałam. Wypiłam pierwszego domowego grzańca i zrobiłam pierwszą carbonarę (a wczoraj drugą, bo jestem świetna). Zaliczyłam pierwsze jebnięcie w obce auto na parkingu. Odwiedziłam jednych z moich najulubieńszych ludzi w stolicy, która z każdym moim kolejnym pobytem podoba mi się co raz bardziej. I byłam w Zoo!

No ale wracając. To, jak bardzo padam na ryj po prawie każdym jednym dniu, sprawia że zastanawiam się nad zmianą profesji. Może nie zastanawiam się, bardziej myślę co by było gdyby. Co by było gdybym siedziała na kasie. Albo w kiosku. Albo na słuchawce. 
Albo gdybym poszła na studia.
Śmieję się.

Trochę się boję, że idąc w tę stronę, w którą zmierzam, coś mnie ominie. Bo może w czymś byłabym lepsza, zarabiałabym złote góry bez wiecznego przemęczenia i poharatanych rąk. 
A trochę się boję, że jeśli to rzucę, to nie znajdzie się dla mnie już nic. 
To znaczy, zawsze coś tam się znajdzie. 
Tylko czy ja bym umiała zrezygnować z satysfakcji z tego co robię dla wygody?
Bo co z tego, że ledwo idę na autobus powrotny, skoro idę z uśmiechem?
I nigdy się nie obrażę, jak mi ktoś powie, że moje miejsce jest w kuchni. 
Trochę ma rację.
Trochę jest.

niedziela, 5 października 2014

nie wiem, co robić.

Muszę się nauczyć pisać na bieżąco. Bo teraz mam do opowiedzenia tyle, że albo wyjdzie kawał notki albo o połowie nawet nie wspomnę. 
Ok. 
To gdzie ostatnio skończyłam?

15 września - poniedziałek. Zaczęłam drugi tydzień praktyk. Pamiętam, że Bystrzyca niesamowicie śmierdziała i widziałam skuter na ścieżce rowerowej. 
W Grande szło mi coraz lepiej, coraz częściej siedziałam na głównej kuchni. Zrobiłam prawie pięć kilogramów ciasta na pizze. Wyrabianie takiej ilości - koszmar. Satysfakcja ze zwycięstwa? Ogromna. 
Wychodząc do domu sprawdziłam status mojego plastiku - był już do odebrania.

Następnego dnia, we wtorek, zerwałam się niesamowicie rano i pojechałam odebrać moją dumę i mój skarb. Nie lubię urzędów, dużych oddziałów pocztowych i przychodni. Nie znoszę. Nie umiem trafić gdzie trzeba, nie wiem jak mam cokolwiek załatwić (no wziąć ten numerek czy nie?) i boję się, że ludzie będą niemili, że mój uśmiech i zagubione, przerażone oczka nic nie pomogą. 
Ale bądźmy dorośli.
Weszłam, poszłam nie tam gdzie trzeba, zawróciłam, wspięłam się po schodach. I stanęłam na szczycie i się rozglądam. O, jest tablica. Pokój sto jedenaście - odbiór. No to idę na poszukiwania, budynek mi się kończy a sto jedenaście nie widać. Zawracam. Pytam w kasie. Znowu poszłam w złą stronę. Wróciłam do schodów, widzę sto dziesięć w którym jest, między innymi, stanowisko jedenaste. Jakoś mi to podpasowało, więc wmaszerowałam. Co z tego, że powinnam mieć numerek. Co z tego, że to wciąż nie jest sto jedenaście. Co ja tu w ogóle robię? Pani powiedziała, że to nie tu, że to tam dalej. Wychodzę, sierota największa. I idę szukać tego durnego pokoju. Znalazłam, wchodzę, pokazuję dowód, mam wrócić za dziesięć minut, bo coś tam. Wracam, dziękujemy, to wszystko, do widzenia. Ale ej, ale zaraz. Czy ja nie powinnam zapłacić?
I w ten oto sposób straciłam szansę na darmowe prawo jazdy. Ciekawe, czy by mnie ścigali. 
Biegiem na praktyki, zdążyłam. 

W środę po praktykach pamiętam, że polazłam do rajdersa, strasznie przegrywałam w bilard bo ledwo się mogłam ruszać, ucieszyła mnie chyba najbardziej niespodziewana wizyta, wracałam do domu z uśmiechem na twarzy i Rose Tattoo w słuchawkach.

W piątek dostałam podpisy i piąteczkę za pierwsze osiemdziesiąt godzin.
Wieczór był zabawny. Poznałam dwójkę Hiszpanów. Przekonana, że już nie umiem nic mówić po hiszpańsku, przegadałam z nimi pół nocy. Upili mnie porządnie, jeden z nich bardzo chciał mi pokazać swój pokój w hotelu, ale się nie dałam. Strasznie dobrze się bawiłam, bo wreszcie coś nowego, jakiś inny wieczór. Naprawdę dobrze się bawiłam. Jak się okazało później, nie wszystkim moim znajomym się to podobało. Cóż, trudno
Z Hiszpanami się ustawiłam na następny dzień. Najpierw na mecz żużlowy, potem znowu na jakieś piwo. Okazało się, że nawet na trzeźwo potrafię coś z siebie wycisnąć. Ale i tak byłam bardzo zadowolona, że bardziej się wszyscy skupialiśmy na meczu a nie na rozmowach. 

W niedzielę pierwsze zajęcia w szkole. Przesiedzieliśmy dziewięć godzin na kuchni, coś tam porobiliśmy. Mimo iż zapierdol trzysta razy mniejszy niż w knajpie, to wróciłam bardziej zmęczona. 

W środę około dwunastej trzydzieści szef kuchni odesłał mnie do domu. Bo wyglądałam jak gówno, bo tak się czułam. 
Dlaczego? Nie wiem. 
Następny dzień spędziłam w domu. Przespałam prawie cały. 

W piątek już w pełni sił wróciłam do Grande. I pytali mnie jak się czuję, czy wszystko okej. I mówili jakie tu zamieszanie było beze mnie, jak tęsknili. Kochane. I szef mnie pochwalił, że robię bardzo ładne pizze. 
A wieczorem wio do Monachium.

W poniedziałek, świetnie się bawiąc na Oktoberfeście, dostaję smska. Smska, z którego wynikało, że likwidują mi mój kurs, mój kierunek, moją szkołę.
No kurwa mać.
Humoru już chyba nie odzyskałam. Wkurwiona i zmartwiona wróciłam do Lublina.
W czwartek poszłam do Grande, opowiedziałam o sytuacji. W zasadzie praktyk już nie potrzebuję, ale chętnie bym została. I zostałam na osiem godzin, charytatywnie. Co dalej? Mają dzwonić. Niby mnie chcą. Bardzo bym chciała, żeby tym razem się z pracą udało. 
Bardzo

W piątek poszłam na zebranie do szkoły. Przez chwilę pojawiła się opcja, że po prostu będziemy chodzić dłużej na zajęcia. O cały semestr. Bo większość pracuje w soboty i niedziele, więc co tydzień wolnego nie dostanie, co drugi bardziej. A że w planie mieliśmy zajęcia co tydzień, to wystarczyło to rozłożyć i jakoś by poszło. Ale wtedy posypało się kilka osób i zostało nas zbyt mało, żeby nas trzymać, nóż nam w dupy, do widzenia. 
Ponad dwa tysiące polskich nowych złotych przepadło, rok życia przepadł. 
Kurwa. 

Czyli co? Chwilowo jestem okropnie wolnym człowiekiem, tak wolnym jak byłam jeszcze niedawno. Marudziłam, że praktyki, że praca, że szkoła, że nie mam wolnej chwili? Proszę bardzo, teraz mam nic tylko wolne. 

I nie wiem co robić. Kontynuować nauki nie mam gdzie, z szefem obdzwoniliśmy szkoły. 
Liczę na telefon od nich. Że mi powiedzą no chodź Dorotka, zapraszamy, tęsknimy. 
Bo jeśli dane mi być jest kucharzem, to nim zostanę i bez papiera, prawda?
A jeśli nie to cóż. 
Znajdę coś innego

niedziela, 14 września 2014

czterdzieści godzin za mną.

Wsiadam w czternastkę. Zakładam słuchawki, włączam losowe odtwarzanie.
„You better work, bitch!”
Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby Britney chodziło o taką pracę.
Tym bardziej za darmo.

No siema, od tygodnia zasuwam na praktykach. Ciężka sprawa, tak się przestawić z dwudziestoczterogodzinnego opierdalańska na zapierdalańsko. Marne Osiem godzin na kuchni. I myślcie, mówcie co chcecie. To nie jest lekka praca. A przynajmniej lekko nie jest tu, gdzie trafiłam. A może za bardzo się staram?

W poprzedni poniedziałek weszłam nieśmiało do lokalu.
Tu jest szatnia, tu łazienka, tu pan Wojtek. Przebierz się i już on ci powie, co robić.
Przebrałam się, a potem natłukłam i nasmażyłam ze 40 schabiszczy na katering (spaliłam tylko dwa!). I szczerze mówiąc, nie pamiętam już, co jeszcze zrobiłam. Ale pamiętam, że ledwo się stamtąd wyczołgałam. Przekonana, że głowa mi zaraz eksploduje, a nogi i ręce odpadną, wzięłam procha, zapaliłam, nie dopiłam piwa, które kupiłam sobie w nagrodę i/lub na ratunek i cudem dotarłam na powrotny autobus. Dochodziłam do siebie dobre trzy godziny. A potem pojechałam do rajdersa.

Następny dzień był dla mnie łaskawszy. Żywsza weszłam do knajpy i żywsza z niej wyszłam. Kuchni nie zobaczyłam przez cały dzień - sprzątałam i oczkowałam ziemniaki przez osiem godzin. W nagrodę za piękne ogarnięcie syfu wyszłam pół godziny wcześniej.

W środę mieliśmy niespodziankę - nawiedził nas sanepid. Dwie pańcie przysłane z powodu konkretnego zgłoszenia, dokładnie wiedziały gdzie zajrzeć i co sprawdzić. Zanim zostały wpuszczone na kuchnię, biegałam ze szczotką i ścierką, zmywałam w rekordowym tempie i chowałam rzeczy, które powinny być schowane. Dostałam też bardzo poważne zadania, jak zeskrobanie folii z blatu czy wyjęcie wszystkiego z zamrażarki, zważenie, a gdy pańcie poszły - podpisanie środową lub czwartkową już datą produktów garmażeryjnych i schowanie wszystkiego z powrotem w lodówki. Że niby świeże, dopiero robione. Bo pańcie obiecały, że wrócą.

I wróciły, w piątek. W piątek, w który to pierwszy raz coś poważnie spierdoliłam. Moje pierwsze w życiu hamburgery zostały odesłane na kuchnię, bo były niezjadliwe. Bo kuchenka mikrofalowa za długo, bo piec za krótko, coś tam, nie wiem. Pizzę zrobiłam w ramach rekompensaty. Przynajmniej to mi dobrze wychodzi i naprawdę lubię to robić. Niech mnie jeszcze z ciasta przeszkolą, to nie wrócę już nigdy do siekania kapusty czy oczkowania ziemniaków.

No ale póki co jestem kartoflaną księżniczką.

Bardzo sympatyczną i pracowitą (!).
I fajna ze mnie dziewczyna.
I będą ze mnie ludzie.
Takie rzeczy słyszę.
I Martuszka jest ze mnie dumna.

I niby chcą mnie przyjmować do pracy. Zobaczymy, jak będzie. Póki co jeszcze trzy tygodnie praktyk przede mną. W weekend zaczyna mi się trzeci semestr szkoły. Siedem dni na kuchni - na samą myśl mnie boli wszystko, co może boleć.
Ale chyba gdzieś w środku czuję, że mi się podoba.
I tak będę narzekać - w tym w końcu jestem najlepsza.
Ale jest całkiem dobrze. Uczę się nowych rzeczy, lubię uczyć się nowych rzeczy. 
I udowadniam sobie, że mogę i że się da. Sobie i całej reszcie.
Bo przecież jeszcze rok temu informacja, że będę kucharzem wywoływała na zmianę śmiechy i niedowierzania. No tak, całe życie pod hasłem ja-wam-pokażę.
Pokazuję?


poniedziałek, 1 września 2014

będzie fajnie.

Pierwszy września.
Szczęśliwego nowego roku!
Szkolnego.

Dwa lata temu o tej porze*, siedziałabym w krzakach/pubie z winiaczem/piwem w łapie. Trochę się stresując, że tym razem naprawdę nie zdam, a trochę z nadzieją, że jednak będzie fajnie
Wiecie co? 
Naprawdę było fajnie
Mimo iż nie było łatwo i milion razy wracałam do domu zapłakana, bo miałam dość. Mimo iż wstawanie rano sprawiało (i dalej sprawia!) okropny ból każdej części ciała. I co roku obiecywałam sobie, że będę się uczyć. I z każdym następnym razem uczyłam się co raz mniej. Dobrze, że chociaż zdolna byłam jestem.

 *Zaczynałam to pisać duuuuużo wcześniej. Ale szczerze mówiąc 23 to też dobra godzina na takie zabawy. Co z tego, że następnego dnia najprawdopodobniej kochana matma na 8.

Trochę tęsknię za szkołą, chociaż ledwo ją skończyłam. Nie za żadną konkretną, bo każdej jednej pokazywałam środkowy palec na do widzenia. Ale z łatwością potrafiłabym wymienić z pięćdziesiąt małych rzeczy, za którymi tęsknię (zapraszam do weryfikacji). A akurat działy się w szkołach, akurat szkoły stwarzały mi warunki. 
Ej, naprawdę było spoko. 
I wiem, że niemal niemożliwe jest wypowiedzenie takiego zdania, gdy się wciąż do szkoły chodzi. Ja też klęłam i chciałam podpalać. Oj, bardzo!

Także tak, wakacje prawie za nami. Studenty zaraz zaczynają kampanię wrześniową, świeże studenty jeszcze miesiąc będą wkurwiać zdjęciami z wyjazdów czy po prostu resztkami wolności (a ja razem z nimi, przepraszam), albo zdjęciami nowych mieszkań, z daleka od Biedlina. 
Uciekają ci moi znajomi, spierdalają, jakby w tych metropoliach za darmo się żyło. Łamiecie mi serce, naprawdę. Ale co ja wiem. Wciąż bez pracy, wciąż bez studiów, wciąż bez konkretnego planu. Za pół roku pierwszy egzamin, za rok drugi. Za tą ‘szkołą’ też powoli zaczynam tęsknić. Zapaska uprana czeka na powrót na Al. Spółdzielczości Pracy. Kiedy zacznę zajęcia? Znowu kurwa nie wiadomo. 

Póki co wiem, że przede mną co najmniej jeszcze dwa tygodnie wakacji. Na żadne ekscesy już nie liczę. Jak mi ostatnio bardzo dobitnie przypomniano: „no expectations - no disappointments”. Poopierdalam się jeszcze trochę, poczekam na plastik (zostałam oficjalnie kierownicą, nareszcie), skończę Friendsów po raz trzeci. 

I będę się patrzeć w niebo, ostatnio często patrzę w niebo.
Z uśmiechem na mordzie, ze spokojem w głowie.

A potem zaczną się zajęcia i mam nadzieję, że wrócę do relacjonowania mojego leniwego życia. 

Naprawdę życzę szczęśliwego nowego roku. 
Wszystko jedno czy liceum czy studia czy jeszcze coś innego. 
I wielką chęcią rozdałabym cały entuzjazm, który we mnie siedzi. 
Bo mam go na garści. 


poniedziałek, 28 lipca 2014

za tych, co na morzu!

Po paru latach mniej lub bardziej legalnego oraz mniej lub bardziej intensywnego chlania, trochę żegnam alkohol. Wyszło tak a nie inaczej, w sumie to wciąż się śmieję. 
Nie wyobrażałam sobie, że taki dzień nadejdzie. Mooooże kiedyś, może na chwilę. A póki co stop-zabawa. Stop-zabawa bezterminowo. 

„Piwo jest dobre, piwo pić trzeba”. Tak gra w rajdersie, tak gra w głowie. Nawet na instagramie w opisie zadeklarowałam związek z piwem. Bo przecież to nic złego, siąść ze znajomymi w pubie przy kuflu. Kilka razy w tygodniu. Albo i codziennie. Bo na piwo o dziwo zawsze się znalazły fundusze. Się przyzwyczaiłam, przyzwyczaiłam się niesamowicie. Że jak gdzieś iść, to tam, to na piwo. Bo teoretycznie w Biedlinie nie ma nic lepszego do roboty (bulszit!). Bo tam są wszyscy, bo jest mój stół, bo są moje rzutki, bo są panowie barmanowie, co mi leją w kufel a nie w szklankę. I się czuję jak u siebie. I mi tam dobrze. A piętnaście monet to za dużo jak na kawę w kawiarni, w domu mam za darmo. 

A jak nie tam, to może plener? A jak jakiś wyjazd to i krata browara w bagażniku, czymś się trzeba zająć. A w niedzielę na obiedzie, lampkę wina na trawienie. A w urodziny za zdrowie, szczęście i pomyślność. A w piątek bo piątek. A na ucotku bo jak inaczej go przeżyć

No to ja właśnie będę pokazywać, jak inaczej go przeżyć. Chorera, czuję się jak alkoholik na spowiedzi. Ale to nie spowiedź, to deklaracja. Deklaracja silnej woli i w sumie poszerzania horyzontów (no a nie? nowe doświadczenia=nowe neurony, pozdrawiam T). Coś nowego mnie czeka. Jeden dzień odpustu sobie dam, no maksymalnie dwa. Chociaż na tę chwilę nie wiem, czy wykorzystam. 

Śmiesznie jest, naprawdę. Bo myślałam, byłam przekonana, że ciężko będzie to znieść. Że siedzenie z herbatą wśród pijących ludzi będzie mnie jakoś mimo wszystko wykluczać, że nie będę umiała w zabawę. Wyobrażałam się sobie siedzącą w kącie, przytulającą butelkę wody, podczas gdy inni tańczą. I w ogóle, nóż mi w dupę. 

Śmiesznie jest, bo od pierwszego „nie piję” udało mi się wrócić do domu raz po piątej rano, raz chyba koło czwartej. I super się bawiłam na koncercie. I teorię zdałam (ok, to nie ma nic do rzeczy, ale dalej cieszę mordę na samo wspomnienie). I przeżyłam przemiłe trzy dni nad jorem. I jakoś pijacki nastrój innych mi się łatwo udziela. I jednak umiem w zabawę. 

Śmiesznie jest

Ciekawa tylko jestem tylko, jak z moją umiejętnością robienia głupich rzeczy na trzeźwo. No bo ej, trzeba mieć co wspominać, a jak mówią internety „żadna dobra historia nie zaczyna się od jedzenia sałatki”.

Ok.
No to zobaczymy.

środa, 16 lipca 2014

przepraszam, kto z państwa ostatni?

Czy jest coś wspanialszego niż milion stopni w cieniu? Jest! Jazda nieklimatyzowanym autobusem z pozamykanymi oknami, gdy na zewnątrz milion stopni w cieniu. Coś jeszcze wspanialszego? Oczywiście rozmowy w nieklimatyzowanym autobusie z pozamykanymi oknami, gdy na zewnątrz milion stopni w cieniu. 
Zimo, bardzo tęsknię.

Wsiadłam w taki autobus. Na poczwórnym siedzeniu, tym z dwoma miejscami w kierunku jazdy i dwoma na przeciwko, siedziały dwie starsze panie. Na którymś przystanku dosiadła się do nich jeszcze jedna.
„Proszę, proszę. Tylko ostrożnie, bo nie mam paznokcia na palcu u nogi.”
I się zaczęło.

W bardzo krótkim czasie, kobiecina która się dosiadła, poznała całą historię owego palca, palca bez paznokcia. A razem z nią pół autobusu.
„Bo wie pani, człowiek w moim wieku już nie za dobrze widzi, a obcinać paznokcie u stóp też trzeba, bo rajstopy się podrą, po nowe by trzeba codziennie chodzić. Winda nie działa u nas w bloku, po schodach bym musiała chodzić w tę i z powrotem, to paznokcie obcinam, bo gdzież w moim wieku. A że nie za dobrze widzę, to i krzywo obcięłam. I zaczął wrastać. I tak czuję, cóż mnie tak boli, pęcherze się zrobiły? Ugryzło mnie coś? No ale jak w palec, jak w butach i rajstopach chodzę, no jak? I siny taki się palec zrobił, i bolało okropnie. I poszłam do doktorki mojej i mi powiedziała, że mi paznokieć wrasta. Tak do środka, pod skórę. Ten, co go obcięłam tak krzywo. Coś się tam źle stało i tak. I skierowanie do chirurga dostałam i trzeba było się dostać tam do środka, to co wrosło wyjąć. To i mi paznokcia zdjęli.”
Potem się można było się dowiedzieć, co się z owego palca sączyło, w jakim kolorze, jakiej konsystencji i z jaką częstotliwością. Potem cała opowieść poszła w stronę innych schorzeń. Nie wiem, wysiadłam.

Wysiadłam, poszłam do przychodni. Do przychodni, w której zaczynam się powoli czuć jak u siebie. No, ale trzeba się ogarniać. Jak nie życie, to chociaż resztki zdrowia. Weszłam do środka, w twarz mi jebło chłodem, bo klima. Telefon zawibrował, bo się połączył z darmowym wifi. No czego mi brakuje tam do szczęścia?

Wspięłam się na pierwsze, pokierowali mnie, tam gdzie zwykle. I siadłam. I siedzę. I czekam. Nie minęło 5 minut i przysiadła się do mnie pani, 50+. Zapytała na którą, wchodziłam przed nią. Myślałam, że na tym się skończy. Ale nie, dowiedziałam się, że już 5 lat tu przychodzi. I na Wallenroda jeszcze. I że pani doktor bardzo nie lubi spóźnialskich, czasami ich nie przyjmuje. Ale figurę to ma świetną. I że każdy mógłby taką mieć, pani nie miałaby nic przeciwko.
Dorwała mnie jeszcze na przystanku, zapytała, czy nic nie jechało. Bo prócz lekarza łączy nas też numer autobusu. Przepraszam, czy mam nową przyjaciółkę?

A pani doktor mi powiedziała, że mam ładne włosy.

I tak śmieję się troszkę, bo ostatnio nie mam nic do opowiadania prócz historii z badań i przychodni. Zupełnie jak te wszystkie jeżdżące codziennie autobusami do lekarzy babuszki.
Czy to już dorosłość?
Czy może starość?
Nawet kartę stałego klienta do Diagnostyki mi dali. Pięć procent zniżki!
Beret mi proszę kupić.
Bo pierwszą koleżankę do plotkowania już mam.

sobota, 5 lipca 2014

dobrze, że nie mamy dywanów.

 Moja mama mieszka około tysiąc dwieście kilometrów stąd.
Także tak, jestem pół-euro-sierotą. 
Często mnie pytają, czy moi rodzice są razem. Są. I mają się świetnie. 

Z racji iż mama przyjeżdża do Biedlina bardzo rzadko, każda jej wizyta to wielkie święto. Wielkie święto sprzątania, a co za tym idzie, niepisane konkursy na lepszą córkę, święto absurdów, święto wyzwisk i udowadniania kto jest najbardziej bezużyteczny. 
I jak nietrudno się domyślić, w królestwie bezużyteczności rządzę niepodzielnie od wielu miesięcy (lat?). 

Wszyscy wiemy, jak wygląda sprzątanie domu na święta. Albo znamy termin „wiosennych porządków”. Wiąże się to generalnie z wielkim zapierdolem, wywalaniem milionów siat śmieci, odsuwaniem mebli w miarę możliwości, myciem okien,  myciem podłóg na kolanach, trzepaniem dywanów (dobrze, że nie mamy dywanów), odkurzaniem wszystkiego, do czego się sięgnie rurą odkurzacza. Bo tak trzeba. I jak jeszcze na święta dom jakoś tam ogarniemy, tak żeby było nawet nawet w skali od meliny do muzeum (bo na co dzień mieszkanie oceniam na ujdzie w porywach do jest dobrze), tak na przyjazd mamy szykujemy się jak na przybycie perfekcyjnej pani domu, czy kto to tam latał po obcych chałupach z białą rękawiczką (kiedyś jej taką kupię, obiecuję).
I myję drzwi, odkurzam sufit, czyszczę butelki z płynami czyszczącymi. Ale zawsze jest mało. Bo zapomnę o umyciu śmietnika. Albo odkurzeniu żyrandola. Poukładaniu sztućców w szufladzie. 
Ja rozumiem, fajnie się siedzi w czystym domu. Jak nic się nie przykleja do stóp, a w lodówce nie śmierdzi. Ale jakbyśmy się nie starali, pierwszego dnia i tak usłyszymy, że jest brudno. Nie, że bałagan. Tylko że brudno. Mimo, iż prysznic wygląda jak nowy, a każdy kąt w domu jest niemalże wylizany. 
Śmieszny fakt: po wyjeździe mamy jest jeszcze większy burdel niż był przed przyjazdem.

Jak patrzę na to całe zamieszanie, to cycki mi opadają. I w wielu czynnościach sensu nie widzę. Przez co przegrywam z siostrą, która zrobi pranie, zrobi obiad, umyje okna bo się jej nudzi. Bo czuje potrzebę, bo czuje obowiązek. A już najlepiej jest, gdy mam przydzielone konkretne zadania. Tata przed wyjściem do roboty zostawi kartkę a ja mam się bawić dobrze. W związku z tym, że za wcześnie to ja nie wstaję, czasami połowa rzeczy (albo i wszystko) jest zrobiona zanim mam w ogóle się zamiar się za nie zabrać. 
A moja młodsza siostra uwielbia sprawiać, że czuję się gorzej. Przyjmuje wtedy pozycję matki/starszej siostry i rozlicza mnie ze wszystkiego. Czasami się zastanawiam „to po cholerę się bierzesz za moje obowiązki?”. Wiem. Żeby właśnie móc mnie zjechać, że nic nie robię.

Ale mimo wszystko, fajnie jest, jak mama jest. I wiem, że maksymalnie za trzy dni, w momencie jakiegoś wkurwu z głupiego powodu, przejdzie mi przez myśl „jedź już”. Ale i tak wszyscy skończymy ze świeczkami w oczach jak będzie się pakować i żegnać. Mimo, iż raczej dwa tygodnie później znowu się zobaczymy. Tylko, że tam.

Zobaczymy, jak będzie tym razem. Tak czy siak, Martuszka to niezła wariatka (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu!) i może da mi jakiś powód do napisania kolejnej notki (po cichu na to liczę). Jak na razie, dokonałam rzeczy, o której myślałam, że nigdy mi się nie uda. Otóż moja mama właśnie wypija moje żulmany. Z uśmiechem na twarzy, obrażona na inne piwa, które zawsze piła. Żulman lepszy. Nigdy się nie spodziewała. A nie mówiłam?

niedziela, 29 czerwca 2014

trzydzieści procent do szczęścia.

Najzabawniej jest wtedy, kiedy budzisz się o dziesiątej i panikujesz, że zaspałeś na maturę.
Przez trzy sekundy.
Bo maturę pisałeś rok temu.

Gdy ktoś ze znajomych porusza ten temat, zawsze wykrzykuję, że matura to była najlepsza impreza mojego życia. Wyolbrzymiam? Oj, tylko trochę.
Naprawdę, mimo iż to było zaledwie rok temu, bardzo dobrze wspominam i przygotowania i same egzaminy. I całą otoczkę i atmosferę. I straszenie nas porażkami już od trzeciego września, pierwszego dnia trzeciej klasy, klasy maturalnej.

Wszyscy dookoła trąbią, że matura nie jest potrzebna, że nic nie udowadnia, że niepotrzebny stres i nauka zdawania egzaminu a nie nauka sama w sobie. Racja, całkiem sporo racji. Bo to jest sprawdzanie wszystkich pod względem tych samych kryteriów i zagadnień. A wiadomo, talenty i zainteresowania mamy przeróżne. I niestety, sugeruje się nam z części z nich zrezygnować na czas przygotowań (ja na przykład rzuciłam niemiecki po jednym semestrze, żałuję). Bo trzeba nadrobić wszystkie zaległości z trzech (albo i sześciu!) lat edukacji wstecz, a czasami są ich grube książki. Do tego trzeba zaliczyć trzecią klasę, zostać w ogóle do tej matury dopuszczonym. I byłoby całkiem mądrze porwać się na jakieś rozszerzenie (jeśli myślimy o studiach. albo po prostu bo tak). 

Z tego co pamiętam (nie licząc moich ostatnich kursowych ścieżek edukacyjnych), ostatnio uczyłam się w gimnazjum. Tak naprawdę uczyłam. Fakt, było to wszystko jednorazowe, gdy zaszła potrzeba poprawiania ocen czy mojego wizerunku w oczach rodziny. Ale siadałam z książkami i ogarniałam potrzebne tematy. Jakoś szło. Nie pamiętam z jaką średnią i z jakimi wynikami gimbazę skończyłam, ale to nie istotne. I tak poszłam do liceum, do którego nawet nie składałam papierów. Bo yolo. 
Wtedy chyba po raz pierwszy ogarnęłam, że hej, nauczyciele/rodzice mnie okłamali. Mojej przyszłości nie ograniczają wyniki egzaminów czy jakieś deklaracje i podania. Bo to przecież tak działało, prawda? Wybierało się trzy szkoły, w każdej kilka klas i wio, wybiorą nas albo i nie. Oczywiście potem w razie porażki można było iść do instytucji, która nas odrzuciła i płakać, bo a może jakieś miejsce się zwolniło, bo może jednak tu pasuję

Żeby nie było: w słabej szkole nie wylądowałam. Chyba nawet przez jakiś czas trzymali się w pierwszej czwórce wśród lubelskich liceów. Brawo oni. I klasa hiszpańska czyli gratis około 30% zapierdolu więcej niż inni (i tak, mam na myśli również biolchemy i matfizy. Nie dam sobie nikomu wmówić, że nie mam racji). Do tej pory nie wiem, jak przeżyłam, jak dopuścili mnie do matur, jak zdałam obie: polską i hiszpańską. Ja - największy leń na ziemi. Co do pierwszych dwóch osiągnięć - wiem, że po prostu część nauczycieli darzyła mnie albo sympatią albo czymś w rodzaju współczucia. Albo kombinacją. Plus jakieś resztki zdolności we mnie drzemią. I szczęścia też czasami miałam na garści.

Co do matury polskiej – prócz j. polskiego utrzymałam poziom tych wszystkich próbnych robionych przez trzy lata. Polskim nie wiem, czy bardziej zadziwiłam sorkę czy siebie.
Zdaną hiszpańską (i nie mam na myśli matury z języka hiszpańskiego. Tylko hiszpańską-hiszpańską) mogę zawdzięczać nauczycielom, mojemu szczęściu oraz kilku rzeczom, które wryły mi się w pamięć. Jakoś poszło. Mimo iż mówili, że powinnam sobie odpuścić , bo nie zdam. Niespodzianka.

Matura jakiś sens ma moim zdaniem. Jeżeli nie patrzy się na nią w kategoriach sprawdzania wiedzy czy zapewniania sobie świetlanej przyszłości jest to zwyczajne zmierzenie się ze stresem. Z bardzo głupim i specyficznym stresem z którym, z tego co widziałam, naprawdę znacząca większość ma problemy. Ci zestresowani dali mi dość dużo zabawy, bo mnie jakoś ruszyły chyba tylko dwa egzaminy, ustne. Dobrze sobie ze stresem poradziłam. Dużo lepiej, niż w bardzo głupich codziennych sytuacjach jak telefon do banku czy pizzerii lub rejestracja w przychodni. No ale to inna bajka.

Spóźniłam się trochę z tym tematem, korzystam więc z tego, że przed chwilą ogłaszane były wyniki. Gratuluję tym, co dali radę i są zadowoleni. Bo chyba naprawdę w pełni zadowolonych z własnych wyników maturzystów nie łatwo znaleźć. Albo to znowu ja otoczona nieodpowiednimi ludźmi.
A tym, co pisać będą, ciocia Dodo radzi zaraz po ogarnięciu materiału, ogarnąć dupy. Żeby nie zepsuć wszystkiego stresem. No, chyba że chcecie mieć piękne anegdotki i historie dla potomnych, bo niektóre są naprawdę wspaniałe. 

niedziela, 22 czerwca 2014

dziękuję.

Mogłabym długo wymieniać, w ilu wypadkach miałam pod górkę w najgorszym okresie dziewczęcego nastoletniego życia, z tego powodu, że moja Mama ruszyła zdobywać świat i euro
Bo wiesz. Byłam wtedy w gimnazjum. Zaczynałam być człowiekiem. Trzeba było mnie nauczyć się malować, dobierać rozmiar biustonosza do wciąż rosnącego biustu, przypominać, że jeśli przypadkiem miałabym okazję uprawiać seks, to trzeba się zabezpieczyć. I jeszcze pilnować, żebym odrabiała lekcje. 
Do tego trzeba było pomóc kupić sukienkę na bal czy podwieźć na imprezę, udając, że wcale nie słychać stukających butelek niskoprocentowego piwa o smaku owocowym w mojej torebce. I trzeba było czasem pojawiać się na wywiadówkach, pamiętając do której klasy chodzę, kto mnie uczy, z czym mam problem i z czym szkoła ma problem jeśli chodzi o moją mało sympatyczną osobę. A po wszystkim starać się spokojnie zapytać o co mi chodzi w moim krótkim życiu i czemu nie umiem się zachować. I przytulić, kupić lakier do paznokci i zmotywować do zdania do następnej klasy.
I wytłumaczyć dlaczego przyjaciółki są głupie, dlaczego nie mam chłopaka i co właściwie miałabym robić, gdybym jednak jakiegoś zaczęła mieć. 
I tak dalej. 

Jak sobie pomyślę o tym całym życiowym cyrku, ale przeżywanym z tej drugiej strony, ze strony autorytetu, wychowawcy czy nierzadko mediatora, który na dodatek pojęcie o tym, do czego zdolne są dojrzewające dziewczynki, jest wątpliwe, ciśnie mi się na usta jedno słowo.

Dziękuję. 
Ogromnie dziękuję. 

Wiesz, to nie jest tak, że tej Mamy nie było wcale. Była i jest bardzo często. Fakt, najczęściej po drugiej stronie monitora, ale jest. Jest i ma się dobrze.

Ale jakby na to nie patrzeć, to Tata mierzył się z codziennym zrywaniem mnie z łóżka, z moimi hormonalnymi burzami i babskimi dolegliwościami, z moim okropnym tonem, z moim gardzącym spojrzeniem, z moimi częstymi łzami, z brakiem posłuszeństwa i z trzaskaniem drzwiami. Z fochami, zachciankami, problemami w szkołach i ze zbyt głośną muzyką, której źródłem był mój wiecznie zabałaganiony pokój. Co więcej, miał nas do ogarnięcia dwie

Są chyba komedie o takim temacie przewodnim. Że ojciec wychowuje córki - nastolatki. Komedie. Chciałabym. 

I szczerze mówiąc, mimo iż to częściej przypominało dramat, to w dalszym ciągu czuję jedynie wdzięczność. Bo Tata świetnie sobie poradził. Skąd wiem? Bo mnie lubi jako człowieka, nie tylko jako córkę. Mama tak samo. I ja też zaczynam się lubić. Taka jaka jestem w środku, w głowie. Taka, na jaką mnie po cichu wychował. Bo gdzieś między jednym trzaśnięciem drzwiami a drugim udało mu się przemycić trochę rad i praktycznych umiejętności. Gdzieś między jedną jedynką z matmy a drugą zdążył pokazać mi kawałek świata, ucząc szacunku do innych kultur i umiejętności odnalezienia się w obcych miejscach. Gdzieś między jedną nieprzespaną z mojej winy nocą a drugą, nauczył wytrzymałości i obracania wszelkich niewygód w przygodę.
I przede wszystkim - szukania jasnych stron w każdej sytuacji. 

Nigdy się nie martwi, że sobie z czymś nie poradzę. Uważa, że to reszta świata powinna się martwić, że sobie ze mną nie poradzi. Jest ostatni do kwestionowania moich wyborów edukacyjno-zawodowych. Zamiast tego, nauczył mnie robić golonkę, prowadzić auto, jeździć na nartach, łowić ryby czy fotografować. Sprawdzał moje wypracowania, a jeszcze w przedszkolu robił mi najpiękniejsze kucyki i warkocze. Moje poczucie humoru to w jakiejś części też jego wpływy. 

I nawet jeśli proszę go o zakup awokado, a przynosi mi mango (bo wybrał najmniej pomarszczone) albo goni mnie do spania przed północą, mimo iż mam dwadzieścia dwa lata, czy denerwuje się, że niszczę sprzęgło i nie sprawdzam oleju, to i tak się uśmiecham pod nosem. Fakt, czasem robimy sobie przykrości w ten czy w inny sposób. Jednak mam wrażenie, że pod lepsze skrzydła nie mogłam trafić.
Kocham Cię Tato, nie tylko w Twoje święto.
I czemu miałabym tego nie oświadczyć tutaj, wszystkim?


środa, 18 czerwca 2014

a legitymacja jest?

Piękny jest ten rok pod względem koncertów. Nie pamiętam takiego. Jutro znowu pakuję majtki w plecak i uderzam w stolicę. Dropkick Murphys! Koncert życia (mam nadzieję!).
No skoro takie poważne wydarzenie to wiadomo, że trzeba ruszyć dupsko z Lublina-Biedlina (kocham go całym sercem, żeby nie było). Dobrze, że Warszawa blisko, nie ma problemu z dojazdem.

No, prawie nie ma.

Jest to jedna z tych sytuacji gdy moje serce krwawi, dusza płacze a portfel popełnia samobójstwo. Jest to jedna z tych sytuacji, kiedy szczerze żałuję i biję się w pierś, że na te studia nie poszłam.

Nie mam legitymacji.
Nie mam zniżki.

Dla transportu publicznego jestem w pełni dorosłym, odpowiedzialnym, potrafiącym zapewnić sobie finansowe bezpieczeństwo i swobodę człowiekiem. No chyba wasza stara.

O posiadanie legitymacji po skończeniu ogólniaka ledwo się otarłam. Bo wylądować miałam w szkole policealnej. Tam legitymacje rozdają z uśmiechem na twarzy. Jak się chyba rzuci dyszkę. Nie wiem. Nie wiem, ponieważ mój wspaniały kierunek wyleciał na kopach z policealnej i mimo iż nic w samym kształceniu się nie zmieniło, został mianowany kursem zawodowym. I tyle z mojej ulgi uczniowskiej było.

Świetnie się bawię, zajebisty mam humor gdy znajomi machają mi przed twarzą swoim -37% lub -51%. A niektórzy znajdują w tym dziwną radość i satysfakcję (pozdrawiam Macieja). I za cholerę nie zrozumiem, czym się tak bardzo różnię od znajomych studentów. Lat mamy tyle samo, i ja i oni się uczymy. A ja jeszcze dodatkowo za naukę płacę grube miliony (ok, tata płaci. ale ma nadzieje, że już niedługo). I pracy szukam bo mam zamiar zapierdalać jak głupia żeby mieć na swoje wydatki. I szczerze mówiąc wydaje mi się, że nie mam wśród znajomych kogoś, kto studiuje i utrzymuje się sam (jeżeli znam to przepraszam najmocniej i chylę czoła!). Jeśli zostali tutaj to mieszkają z rodzicami, rodzice karmią, rodzice poją, rodzice rzucą na piwo. Jeżeli wyjechali – rodzice płacą za mieszkanie, rodzice pakują słoiki. I jakoś idzie. No więc kurwa, czymże się różnimy? W tym momencie jeszcze niczym. Ale niedługo z domu mnie wykopią do dorosłości i samodzielności. A zanim będę zarabiać miliony to naprawdę, odciążeniem w postaci zniżki bym nie pogardziła ani trochę.

Smutno mi, smutno mi niesamowicie. I zła jestem chwilami.

Całe szczęście jestem na tyle sprytna, że polowanie na tanie bilety staje się powoli moją specjalnością. Kto to jedzie teraz do Warszawy za dziewięć złotych, no kto? Kto ogarnął Węgorzewo w jedną stronę za trzydzieści pięć monet?

Kłaniam się nisko.

Jeszcze stopem nigdy nie jechałam. Coś czuję, że w te wakacje rozdziewiczę się pod tym kątem. Bo bieda, bieda panie. 


niedziela, 8 czerwca 2014

łysi nie powinni grać w orkiestrze.

Jedną z tych rzeczy, której zazwyczaj nie mogę pogodzić ze szkołą, jest coniedzielny obiad u dziadków. Tradycja stara jak świat. Poważnie. Zdarzają się niedziele, kiedy tego obiadu nie ma, ale wtedy nikt nie wie, co ze sobą zrobić.

Każdy ma swoje miejsce przy stole, od zawsze. Stół rozsuwany, w razie kompletu. Obrus, serwetki - zazwyczaj bożonarodzeniowe lub wielkanocne, odwrócone na bardziej uniwersalną stronę. Czasami na środku dumnie stoją kilkudniowe już kwiaty, jeżeli się zmieszczą. Zawsze dwa dania, a różnorodność zestawów niewielka. Potem herbata, ciasto (trzy czy cztery różne, na zmianę) lub lody. Familijne, trójkolorowe. Przy okazji deseru, na stół wjeżdża alkohol. Wino, czysta. Czasami nalewki. A tydzień temu był szampan! Szampan, któremu dałyśmy radę z babcią we dwie. Bo dopić trzeba, zaraz będzie do niczego, szkoda wylewać. A dziś na trzeźwo.

Ładnie to wszystko brzmi. Taki piękny obrazek. Rodzina, niedziela, obiad, tradycja, święto, schabowy. Powaga i wyprasowane koszule. Otóż za chuj.
Nie wiem, czy kilka lat temu byłam za mała, żeby to zauważać, czy to może w nich się coś zmieniło. Bo niedzielny obiad u dziadków to jedna z najlepszych komedii. W najlepszym tego słowa znaczeniu! Większość rozmów to czysty surrealizm. Nikt nie dostaje odpowiedzi na pytania, sensowny dialog leży. Razem ze mną, pod stołem, płacząc ze śmiechu.

Wsiadamy z B do auta, przyjechali po nas. Całe szczęście, bo ten milion stopni w cieniu zabija.
- Co tam w Dziurze?
- A wszystko dobrze, dziadziuś zasłabł.

Umm. Ok.
- Bo to przez tą wilgoć tam. Nie powinien tam przebywać, bo to ta wilgoć tak działa, bo Wisła blisko.
- (jakiś lekarz) mówił, że właśnie to nie to.
- To pewnie kłamał.

Dojeżdżamy, wysypujemy się z auta, wjeżdżamy na ósme. Pomidorowa z kluchami plus schabiszcz z młodymi ziemniakami i sałatą. A czekając na odgrzanie...
- Jak tam?
- Z czym?
- Takie piękne miejsce jest, mówię ci. Hotelik by można postawić i jakąś restaurację. No przepiękne miejsce, idealne. Na hotelik. Przez dwa pierwsze lata było by ciężko ale potem... Motor kiedy kupujesz?
- Przecież ja nie mam jeszcze prawa jazdy nawet na auto.
- Oj tam prawo jazdy. Ty wiesz ile tych, tfu, polskich kierowców jeździ bez? A nawet jak mają, to proszę ja ciebie, nie znaczy, że potrafią jeździć. Ale mówię ci, piękne miejsce na hotelik.

Absolutnym mistrzem dziś był dialog między dziadkiem a prababcią.
- Jak się nazywa to do mięsa?
-To nie ta Dorotka.
- No jak się to nazywa?
- Zauważyłeś? To nie ta Dorotka co tu siedziała przed chwilą. Przyzwoicie wygląda.
- Pewnie sprzedała całe srebro z domu i się cieszy.
- A srebro drogie dziś...

Naprawdę. I wciąż nie mam pojęcia o co chodziło. Ale ok. Jeszcze przed deserem włączyli telewizor. Pałac Schönbrunn w Wiedniu, koncert plenerowy, Netrebko, Villazon i Domingo. Oprócz standardowego
No, to jest kultura! A nie jakieś noce kultury i kultury studenckie, psia mać

padło stwierdzenie, że
Łysi nie powinni grać w orkiestrze.

A gdy pojawiły się napisy końcowe
No i sukinsyn znowu nie zaśpiewał Toski.

Bawi mnie to i urzeka. Uwielbiam wolne niedziele. 
Za tydzień ostatni egzamin. Połowa za mną! 
A teraz odgrzeję sobie pierogi. Od dziadków.


sobota, 17 maja 2014

w sumie nie wiem, co chciałam powiedzieć.

Kilka miesięcy temu, weekendy miały zacząć znaczyć dla mnie coś zupełnie innego. Miały się skończyć domówki, koncerty i poranne powroty do domu. 
Próbuję się pilnować, prawie zawsze mi to wychodzi. Czasami brak mi asertywności (ha, czasami), a następnie odpowiedzialności. Czasami dzielnie ponoszę konsekwencje zaburzonej hierarchii wartości i zagryzam zęby umierając "na wczoraj" na zajęciach (moje opowiadania o krojeniu pieczarek na kacu zna chyba już każdy).

W soboty i niedziele wstaję o 6, w pośpiechu się ogarniam i biegnę na autobus aby przejechać pół miasta (lub całe!) i dotrzeć na zajęcia. Po drodze mijam niedobitki szukające domu po imprezie dnia poprzedniego. Czasami są to znajome twarze, czasami nie. Uśmiecham się do siebie, czy do nich, bo dość często byłam na ich miejscu. Lub jestem nadal. Pięć dni w tygodniu. 

Mój kalendarz się odwrócił, mój czas wolny wydłużył. Powód do szczęścia? Poniekąd. Fajnie tak, opierdalać się od niedzielnego do piątkowego wieczoru. Zawsze mam czas na seriale, na książki, na piwo. Chodzę wyspana, a po wielu latach walki z rodzicami zaczęłam sama z siebie utrzymywać porządek w pokoju. Ba, nawet w domu. Z pubu wychodzę zazwyczaj ostatnia, nie martwię się o uciekające nocne. Przecież nigdzie nie muszę być następnego dnia. 

Szkoda tylko, że się mijam. Mijam się ze znajomymi, którzy muszą gdzieś być. Bo szkoła czy studia, w kilku wypadkach praca. Gdy oni szykują się na imprezy, koncerty (które, kurwamać, zazwyczaj są jednak w piątki/soboty), ja szykuję się do spania. Żeby wstać rano, zdążyć na autobus, popatrzeć na cudze walks of shame i nauczyć się obliczania zawartości białka w posiłku. 

Ładnie to wszystko brzmi, prawda? Grzeczna ja. Na szczęście, część weekendów mam wolną. Na nieszczęście, i szkolne weekendy nie zawsze mi przeszkadzają, aby gdzieś wyjść i dotoczyć się do domu o wiele za późno. 

 Każda moja nieobecność przynosi mi pod koniec dnia wyrzuty sumienia (troszeczkę, ale wciąż). I tym to się chyba różni od liceum (a może i od studiów. Nie wiem, nie byłam, ale nie widziałam nikogo z moich znajomych pogrążonych w smutku z powodu opuszczonych zajęć). Zależy mi. Bo czuję się na miejscu. Bo czuję, że to wszystko ma jakiś sens.  

Zależy mi na tyle, że jedno z pięciu zaliczeń semestru za mną. Bez przygotowania, bez wysiłku. 85%. Brawo ja. 

Za dwa tygodnie następne cztery, proszę trzymać kciuki. Chociaż spójrzmy prawdzie w oczy. I bez tego sobie dam radę. Zawsze sobie daję radę. Może i dodo nie latały, ale najwidoczniej z ogromnym wdziękiem podnosiły się po każdej nieudanej próbie wzbicia się w powietrze i szły dalej, jakby nigdy nic.  

czwartek, 24 kwietnia 2014

pięćdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt siedem.

Otwieram lodówkę. 
Chorera. 
Skończyło mi się mleko. 
I nie byłoby najmniejszego problemu, gdybym piła mleko normalne. Założyłabym buty, zbiegła po schodach do sklepu, przepłaciła i wróciła na górę. Ale nie! Po wielu latach niepicia mleka a wpieprzania szerokiej gamy produktów mlecznych, coś się mi w organizmie pozmieniało i popsuło. I odmówiło przyjmowania laktozy. Świetnie.

I zadecydowałam – wycieczka do supermarketu. Po mleko dla upośledzi. 
I już wychodząc, popełniłam błąd.
- Idę do sklepu! Chcecie coś?
- O tak. Maślankę. I pieczywo jakieś kup. I coś na to pieczywo, na kanapki. W sumie to bym zjadła sałatę. A jak do sałaty to i ogórka i pomidora. Ooooo… dawno bananów nie jadłyśmy, nie? Czekaj, napiszę ci kartkę.

Cycki opadły, odechciało się wszystkiego. No prawie, przecież mleko. Zacisnęłam zęby i poszłam. Przed wejściem do sklepu rzuciłam okiem na listę. Koszyków nie mają więc wózek niezbędny, a jak. 
Nie było tego tak dużo. Kilka bułek, kilka warzyw i owoców, nabiał (z moim mlekiem na czele!). Musli jeszcze złapałam. I keczup, bo się skończył. Podstawowe produkty, czyż nie?
Zajechałam do kasy. Na koncie sześćdziesiąt złotych, ostatki. I pan mnie kasuje. I mi mówi, że pięćdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt siedemNo kurwa maćJAK.

Wpisałam pin prawie płacząc, zapakowałam wszystko w plecak i w drogę. I ciężko. I pod górę. I myślę i jestem przerażona. Czym?

Przecież za chwilę wykopią mnie z domu, wykopią „na swoje”, wykopią do pracy, do samodzielności. Do miejsca gdzie makaron nie będzie się magicznie pojawiał w szafce, tak samo jak proszek do prania. Albo worki na śmieci. Przecież to są takie pierdoły, o których się nie myśli. Ale mieć trzeba. I kosztują. A ja wydałam sześćdziesiąt złotych na jedzenie na kilka dni.

I nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie robiącej takie zakupy za własne monety. Rozpaczliwie potrzebuję tej mojej-nie mojej pracy. I zmiany trybu życia. Albo wygrania milionów. 

Naprawdę, jestem przerażona za każdym razem, gdy robię zakupy.
Trzeba się ogarnąć.

W końcu muszę mieć na moje mleko. 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

proszę mnie głaskać.

- Ej. Co ty teraz w zasadzie robisz? 
- Szczerze? Opierdalam się.

Taka wymiana zdań zawiera się w prawie każdej mojej rozmowie z kimś znajomym, z którym nie mam do czynienia zbyt często. Czasami robią wielkie oczy i pytają „jak to?”, a czasami uśmiechają się i odpowiadają, że „nic się nie zmieniło”.

Taka prawda, wciąż mam niewiele do roboty, a prawie każdy dzień zaczynam nie wcześniej niż w okolicach jedenastej. Na zmianę siedzę na tyłku i przeglądam internety, oglądam seriale albo powoli się ogarniam by wieczorem wyjść i spotkać się ze znajomymi, którzy akurat a) wcześnie skończyli zajęcia b) mają wolne jutro c) rzucili studia d) są wciąż w liceum.

Przesiadywanie z przedstawicielami dwóch pierwszych grup jest w zasadzie dość zabawne. Bo są dwie opcje – albo nie uda mi się odezwać przez długie godziny ani słowem i mogę jedynie przysłuchiwać się dyskusjom na temat wykładów, wykładowców, ćwiczeń i zaliczeń albo, po szybkich wzajemnych studenckich apdejtach, nagle znajduję się w centrum uwagi całego świata, a moje opowieści o krojeniu pieczarek na kacu bądź o metodzie produkcji cukru z buraka cukrowego (o którym wiem już wszystko, jestem buraczaną specjalistką!) są wysłuchiwane niczym dobre kazanie podczas niedzielnej mszy.
Lubię Was. Nawet czasem lubię Was słuchać. Czasem.

Myśląc o tych, którzy rzucili studia, przychodzi mi na myśl niewiele osób, przez co niewiele mówić mogę. Chociaż i w tym wypadku moje ego zostaje zagłaskiwane na śmierć - bo słucham, że dobrze zrobiłam. Dziękuję, wiem
Mimo, iż był to totalny przypadek. 

Boję się, że znowu dostanę po uszach za gloryfikację moich wyborów, no ale co ja mogę zrobić. Świetnie się bawię, gdy jestem słuchana. Jak to baba. A robienie czegoś innego daje mi ku temu przepiękne okazje. 

Jednak wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom, nie różnimy się tak bardzo. Studenckie stereotypy (o imprezowaniu, niechodzeniu na zajęcia i tak dalej) dotyczą też mnie, mimo odwrotnego planu tygodnia. Ale na ten temat pojęczę następnym razem. 
Bo nie ma lekko! Chwilami.


czwartek, 10 kwietnia 2014

pod prąd, leniu.

Zdolna, ale leniwa. To ja. Mogłabym mieć tak na drugie imię, przysięgam. Pierwszy raz usłyszałam takie słowa w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdy już wszyscy znali moje manualne zdolności, a ja się zbuntowałam przeciwko kolorowaniu dużej powierzchni kartki. A3! Kredką! No dajcie spokój. W następnych latach nie chciało mi się robić coraz więcej, w mojej opinii, bezsensownych rzeczy.

Ale zawsze miałam jakieś pomysły, kim chcę być. Gdy zaczęłam naukę hiszpańskiego, widziałam siebie jako tłumacza, pilota wycieczki, cokolwiek, byleby gadać w tym przeuroczym języku i grzać tyłek w hiszpańskim słońcu. To był chyba jedyny plan, który faktycznie był powoli wcielany w życie. Gimnazjum i liceum – klasa dwujęzyczna z hiszpańskim. Świetna zabawa. Do czasu aż stwierdziłam, że no przepraszam, nie chce mi się już totalnie nic. I dajcie mi wszyscy spokój.

Przez całe liceum nie miałam pojęcia, co dalej. Zresztą, za mała jestem, za młoda, życie przede mną, kiedyś wymyślę. A teraz chcę psocić i za hajs matki ojca balować.

Lubię robić na złość, na przekór i odwrotnie niż wszyscy chcą. Dlatego zdałam maturę hiszpańską. Bo mi powiedzieli „no koleżanko, raczej sobie odpuść, bo nie dasz rady”. Takiej satysfakcji, jak przy odbiorze wyników, nie miałam nigdy.


I poszłam znowu. Na niedzielnym obiedzie u dziadków powiedziałam głośno i wyraźnie, że na studia nie idę. Nikt na zawał nie padł, odetchnęłam.

Dokładnie tydzień później byłam już zapisana do szkoły policealnej (a właściwie na kurs zawodowy). Do końca życia będę pamiętać reakcje rodziny, gdy powiedziałam, czego to będę się uczyć. Technologia żywienia i usług gastronomicznych, siema. Niedowierzanie, dużo śmiechu (bo przecież nie umiem zrobić nic poza jajecznicą) i tradycyjnie – rozczarowanie (bo taka ja już wykształcona, po dobrej szkole, wygrałam w maturę, mogłabym mierzyć wyżej). Wszystko na raz. A ja z uśmiechem dopiłam wino i się zmyłam, najprawdopodobniej do pubu.
Milion razy słyszałam, że się nie nadaję, że będę żałować, że przecież mam z kuchnią tyle wspólnego, co z prawem (pozdrawiam Maćka!)...

Będąc w trakcie drugiego semestru i znalazłszy pracę nie mając doświadczenia (a w zawodzie!) oraz świetnie się bawiąc i wciąż mając wszystkie palce jak i czas na wszystko, nie zdążyłam jeszcze żałować.

Jest po 14, można by już wstać. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

nie poszłam na studia.

Niech zgadnę, masz kilkanaście lat. Albo troszkę ponad dwadzieścia. Najprawdopodobniej szykujesz się do matury, aby dostać się na studia. Jest szansa, że już na tych studiach jesteś, ewentualnie niedawno je skończyłeś.

Może jest tak dlatego, że po prostu chcesz. Może wpłynęli na Ciebie rodzice. Może wierzysz, że studia zapewnią Ci lepszą przyszłość, a może po prostu interesujesz się czymś na tyle, że z przyjemnością biegasz (będziesz biegać? biegałeś?) na wykłady. Nie mniej jednak, gdzieś tam w Twoim życiu widnieje punkcik wyraźnie podpisany ‘STUDIA’. I w wielu przypadkach nie ma w tym nic złego. Trzeba się rozwijać, trzeba zadbać o przyszłego siebie. Przecież wszyscy to robią!

A czy zastanawiałeś się kiedyś, jak by wyglądało Twoje życie, gdybyś ze studiowania zrezygnował? Gdybyś dołączył do nas, przeszedł na ciemną stronę mocy, rozczarował nauczycieli z liceum, zaprzepaścił pokładane w Tobie nadzieje rodziców?

Nie poszłam na studia. I z przyjemnością oprowadzę Cię po świecie wolnym od kolosów, sesji i pań z dziekanatu. Czy będzie ciekawe? Nie lubię obiecywać.

Nie poszłam na studia. I póki co, jedyną rzeczą jakiej żałuję jest to, że nie zaczęłam opowiadać o tym wcześniej.