czwartek, 10 kwietnia 2014

pod prąd, leniu.

Zdolna, ale leniwa. To ja. Mogłabym mieć tak na drugie imię, przysięgam. Pierwszy raz usłyszałam takie słowa w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdy już wszyscy znali moje manualne zdolności, a ja się zbuntowałam przeciwko kolorowaniu dużej powierzchni kartki. A3! Kredką! No dajcie spokój. W następnych latach nie chciało mi się robić coraz więcej, w mojej opinii, bezsensownych rzeczy.

Ale zawsze miałam jakieś pomysły, kim chcę być. Gdy zaczęłam naukę hiszpańskiego, widziałam siebie jako tłumacza, pilota wycieczki, cokolwiek, byleby gadać w tym przeuroczym języku i grzać tyłek w hiszpańskim słońcu. To był chyba jedyny plan, który faktycznie był powoli wcielany w życie. Gimnazjum i liceum – klasa dwujęzyczna z hiszpańskim. Świetna zabawa. Do czasu aż stwierdziłam, że no przepraszam, nie chce mi się już totalnie nic. I dajcie mi wszyscy spokój.

Przez całe liceum nie miałam pojęcia, co dalej. Zresztą, za mała jestem, za młoda, życie przede mną, kiedyś wymyślę. A teraz chcę psocić i za hajs matki ojca balować.

Lubię robić na złość, na przekór i odwrotnie niż wszyscy chcą. Dlatego zdałam maturę hiszpańską. Bo mi powiedzieli „no koleżanko, raczej sobie odpuść, bo nie dasz rady”. Takiej satysfakcji, jak przy odbiorze wyników, nie miałam nigdy.


I poszłam znowu. Na niedzielnym obiedzie u dziadków powiedziałam głośno i wyraźnie, że na studia nie idę. Nikt na zawał nie padł, odetchnęłam.

Dokładnie tydzień później byłam już zapisana do szkoły policealnej (a właściwie na kurs zawodowy). Do końca życia będę pamiętać reakcje rodziny, gdy powiedziałam, czego to będę się uczyć. Technologia żywienia i usług gastronomicznych, siema. Niedowierzanie, dużo śmiechu (bo przecież nie umiem zrobić nic poza jajecznicą) i tradycyjnie – rozczarowanie (bo taka ja już wykształcona, po dobrej szkole, wygrałam w maturę, mogłabym mierzyć wyżej). Wszystko na raz. A ja z uśmiechem dopiłam wino i się zmyłam, najprawdopodobniej do pubu.
Milion razy słyszałam, że się nie nadaję, że będę żałować, że przecież mam z kuchnią tyle wspólnego, co z prawem (pozdrawiam Maćka!)...

Będąc w trakcie drugiego semestru i znalazłszy pracę nie mając doświadczenia (a w zawodzie!) oraz świetnie się bawiąc i wciąż mając wszystkie palce jak i czas na wszystko, nie zdążyłam jeszcze żałować.

Jest po 14, można by już wstać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz