sobota, 17 maja 2014

w sumie nie wiem, co chciałam powiedzieć.

Kilka miesięcy temu, weekendy miały zacząć znaczyć dla mnie coś zupełnie innego. Miały się skończyć domówki, koncerty i poranne powroty do domu. 
Próbuję się pilnować, prawie zawsze mi to wychodzi. Czasami brak mi asertywności (ha, czasami), a następnie odpowiedzialności. Czasami dzielnie ponoszę konsekwencje zaburzonej hierarchii wartości i zagryzam zęby umierając "na wczoraj" na zajęciach (moje opowiadania o krojeniu pieczarek na kacu zna chyba już każdy).

W soboty i niedziele wstaję o 6, w pośpiechu się ogarniam i biegnę na autobus aby przejechać pół miasta (lub całe!) i dotrzeć na zajęcia. Po drodze mijam niedobitki szukające domu po imprezie dnia poprzedniego. Czasami są to znajome twarze, czasami nie. Uśmiecham się do siebie, czy do nich, bo dość często byłam na ich miejscu. Lub jestem nadal. Pięć dni w tygodniu. 

Mój kalendarz się odwrócił, mój czas wolny wydłużył. Powód do szczęścia? Poniekąd. Fajnie tak, opierdalać się od niedzielnego do piątkowego wieczoru. Zawsze mam czas na seriale, na książki, na piwo. Chodzę wyspana, a po wielu latach walki z rodzicami zaczęłam sama z siebie utrzymywać porządek w pokoju. Ba, nawet w domu. Z pubu wychodzę zazwyczaj ostatnia, nie martwię się o uciekające nocne. Przecież nigdzie nie muszę być następnego dnia. 

Szkoda tylko, że się mijam. Mijam się ze znajomymi, którzy muszą gdzieś być. Bo szkoła czy studia, w kilku wypadkach praca. Gdy oni szykują się na imprezy, koncerty (które, kurwamać, zazwyczaj są jednak w piątki/soboty), ja szykuję się do spania. Żeby wstać rano, zdążyć na autobus, popatrzeć na cudze walks of shame i nauczyć się obliczania zawartości białka w posiłku. 

Ładnie to wszystko brzmi, prawda? Grzeczna ja. Na szczęście, część weekendów mam wolną. Na nieszczęście, i szkolne weekendy nie zawsze mi przeszkadzają, aby gdzieś wyjść i dotoczyć się do domu o wiele za późno. 

 Każda moja nieobecność przynosi mi pod koniec dnia wyrzuty sumienia (troszeczkę, ale wciąż). I tym to się chyba różni od liceum (a może i od studiów. Nie wiem, nie byłam, ale nie widziałam nikogo z moich znajomych pogrążonych w smutku z powodu opuszczonych zajęć). Zależy mi. Bo czuję się na miejscu. Bo czuję, że to wszystko ma jakiś sens.  

Zależy mi na tyle, że jedno z pięciu zaliczeń semestru za mną. Bez przygotowania, bez wysiłku. 85%. Brawo ja. 

Za dwa tygodnie następne cztery, proszę trzymać kciuki. Chociaż spójrzmy prawdzie w oczy. I bez tego sobie dam radę. Zawsze sobie daję radę. Może i dodo nie latały, ale najwidoczniej z ogromnym wdziękiem podnosiły się po każdej nieudanej próbie wzbicia się w powietrze i szły dalej, jakby nigdy nic.  

1 komentarz:

  1. "Może i dodo nie latały, ale najwidoczniej z ogromnym wdziękiem podnosiły się po każdej nieudanej próbie wzbicia się w powietrze i szły dalej, jakby nigdy nic." - bardzo ładnie powiedziane, zapamiętam sobie ;)

    OdpowiedzUsuń