niedziela, 29 czerwca 2014

trzydzieści procent do szczęścia.

Najzabawniej jest wtedy, kiedy budzisz się o dziesiątej i panikujesz, że zaspałeś na maturę.
Przez trzy sekundy.
Bo maturę pisałeś rok temu.

Gdy ktoś ze znajomych porusza ten temat, zawsze wykrzykuję, że matura to była najlepsza impreza mojego życia. Wyolbrzymiam? Oj, tylko trochę.
Naprawdę, mimo iż to było zaledwie rok temu, bardzo dobrze wspominam i przygotowania i same egzaminy. I całą otoczkę i atmosferę. I straszenie nas porażkami już od trzeciego września, pierwszego dnia trzeciej klasy, klasy maturalnej.

Wszyscy dookoła trąbią, że matura nie jest potrzebna, że nic nie udowadnia, że niepotrzebny stres i nauka zdawania egzaminu a nie nauka sama w sobie. Racja, całkiem sporo racji. Bo to jest sprawdzanie wszystkich pod względem tych samych kryteriów i zagadnień. A wiadomo, talenty i zainteresowania mamy przeróżne. I niestety, sugeruje się nam z części z nich zrezygnować na czas przygotowań (ja na przykład rzuciłam niemiecki po jednym semestrze, żałuję). Bo trzeba nadrobić wszystkie zaległości z trzech (albo i sześciu!) lat edukacji wstecz, a czasami są ich grube książki. Do tego trzeba zaliczyć trzecią klasę, zostać w ogóle do tej matury dopuszczonym. I byłoby całkiem mądrze porwać się na jakieś rozszerzenie (jeśli myślimy o studiach. albo po prostu bo tak). 

Z tego co pamiętam (nie licząc moich ostatnich kursowych ścieżek edukacyjnych), ostatnio uczyłam się w gimnazjum. Tak naprawdę uczyłam. Fakt, było to wszystko jednorazowe, gdy zaszła potrzeba poprawiania ocen czy mojego wizerunku w oczach rodziny. Ale siadałam z książkami i ogarniałam potrzebne tematy. Jakoś szło. Nie pamiętam z jaką średnią i z jakimi wynikami gimbazę skończyłam, ale to nie istotne. I tak poszłam do liceum, do którego nawet nie składałam papierów. Bo yolo. 
Wtedy chyba po raz pierwszy ogarnęłam, że hej, nauczyciele/rodzice mnie okłamali. Mojej przyszłości nie ograniczają wyniki egzaminów czy jakieś deklaracje i podania. Bo to przecież tak działało, prawda? Wybierało się trzy szkoły, w każdej kilka klas i wio, wybiorą nas albo i nie. Oczywiście potem w razie porażki można było iść do instytucji, która nas odrzuciła i płakać, bo a może jakieś miejsce się zwolniło, bo może jednak tu pasuję

Żeby nie było: w słabej szkole nie wylądowałam. Chyba nawet przez jakiś czas trzymali się w pierwszej czwórce wśród lubelskich liceów. Brawo oni. I klasa hiszpańska czyli gratis około 30% zapierdolu więcej niż inni (i tak, mam na myśli również biolchemy i matfizy. Nie dam sobie nikomu wmówić, że nie mam racji). Do tej pory nie wiem, jak przeżyłam, jak dopuścili mnie do matur, jak zdałam obie: polską i hiszpańską. Ja - największy leń na ziemi. Co do pierwszych dwóch osiągnięć - wiem, że po prostu część nauczycieli darzyła mnie albo sympatią albo czymś w rodzaju współczucia. Albo kombinacją. Plus jakieś resztki zdolności we mnie drzemią. I szczęścia też czasami miałam na garści.

Co do matury polskiej – prócz j. polskiego utrzymałam poziom tych wszystkich próbnych robionych przez trzy lata. Polskim nie wiem, czy bardziej zadziwiłam sorkę czy siebie.
Zdaną hiszpańską (i nie mam na myśli matury z języka hiszpańskiego. Tylko hiszpańską-hiszpańską) mogę zawdzięczać nauczycielom, mojemu szczęściu oraz kilku rzeczom, które wryły mi się w pamięć. Jakoś poszło. Mimo iż mówili, że powinnam sobie odpuścić , bo nie zdam. Niespodzianka.

Matura jakiś sens ma moim zdaniem. Jeżeli nie patrzy się na nią w kategoriach sprawdzania wiedzy czy zapewniania sobie świetlanej przyszłości jest to zwyczajne zmierzenie się ze stresem. Z bardzo głupim i specyficznym stresem z którym, z tego co widziałam, naprawdę znacząca większość ma problemy. Ci zestresowani dali mi dość dużo zabawy, bo mnie jakoś ruszyły chyba tylko dwa egzaminy, ustne. Dobrze sobie ze stresem poradziłam. Dużo lepiej, niż w bardzo głupich codziennych sytuacjach jak telefon do banku czy pizzerii lub rejestracja w przychodni. No ale to inna bajka.

Spóźniłam się trochę z tym tematem, korzystam więc z tego, że przed chwilą ogłaszane były wyniki. Gratuluję tym, co dali radę i są zadowoleni. Bo chyba naprawdę w pełni zadowolonych z własnych wyników maturzystów nie łatwo znaleźć. Albo to znowu ja otoczona nieodpowiednimi ludźmi.
A tym, co pisać będą, ciocia Dodo radzi zaraz po ogarnięciu materiału, ogarnąć dupy. Żeby nie zepsuć wszystkiego stresem. No, chyba że chcecie mieć piękne anegdotki i historie dla potomnych, bo niektóre są naprawdę wspaniałe. 

niedziela, 22 czerwca 2014

dziękuję.

Mogłabym długo wymieniać, w ilu wypadkach miałam pod górkę w najgorszym okresie dziewczęcego nastoletniego życia, z tego powodu, że moja Mama ruszyła zdobywać świat i euro
Bo wiesz. Byłam wtedy w gimnazjum. Zaczynałam być człowiekiem. Trzeba było mnie nauczyć się malować, dobierać rozmiar biustonosza do wciąż rosnącego biustu, przypominać, że jeśli przypadkiem miałabym okazję uprawiać seks, to trzeba się zabezpieczyć. I jeszcze pilnować, żebym odrabiała lekcje. 
Do tego trzeba było pomóc kupić sukienkę na bal czy podwieźć na imprezę, udając, że wcale nie słychać stukających butelek niskoprocentowego piwa o smaku owocowym w mojej torebce. I trzeba było czasem pojawiać się na wywiadówkach, pamiętając do której klasy chodzę, kto mnie uczy, z czym mam problem i z czym szkoła ma problem jeśli chodzi o moją mało sympatyczną osobę. A po wszystkim starać się spokojnie zapytać o co mi chodzi w moim krótkim życiu i czemu nie umiem się zachować. I przytulić, kupić lakier do paznokci i zmotywować do zdania do następnej klasy.
I wytłumaczyć dlaczego przyjaciółki są głupie, dlaczego nie mam chłopaka i co właściwie miałabym robić, gdybym jednak jakiegoś zaczęła mieć. 
I tak dalej. 

Jak sobie pomyślę o tym całym życiowym cyrku, ale przeżywanym z tej drugiej strony, ze strony autorytetu, wychowawcy czy nierzadko mediatora, który na dodatek pojęcie o tym, do czego zdolne są dojrzewające dziewczynki, jest wątpliwe, ciśnie mi się na usta jedno słowo.

Dziękuję. 
Ogromnie dziękuję. 

Wiesz, to nie jest tak, że tej Mamy nie było wcale. Była i jest bardzo często. Fakt, najczęściej po drugiej stronie monitora, ale jest. Jest i ma się dobrze.

Ale jakby na to nie patrzeć, to Tata mierzył się z codziennym zrywaniem mnie z łóżka, z moimi hormonalnymi burzami i babskimi dolegliwościami, z moim okropnym tonem, z moim gardzącym spojrzeniem, z moimi częstymi łzami, z brakiem posłuszeństwa i z trzaskaniem drzwiami. Z fochami, zachciankami, problemami w szkołach i ze zbyt głośną muzyką, której źródłem był mój wiecznie zabałaganiony pokój. Co więcej, miał nas do ogarnięcia dwie

Są chyba komedie o takim temacie przewodnim. Że ojciec wychowuje córki - nastolatki. Komedie. Chciałabym. 

I szczerze mówiąc, mimo iż to częściej przypominało dramat, to w dalszym ciągu czuję jedynie wdzięczność. Bo Tata świetnie sobie poradził. Skąd wiem? Bo mnie lubi jako człowieka, nie tylko jako córkę. Mama tak samo. I ja też zaczynam się lubić. Taka jaka jestem w środku, w głowie. Taka, na jaką mnie po cichu wychował. Bo gdzieś między jednym trzaśnięciem drzwiami a drugim udało mu się przemycić trochę rad i praktycznych umiejętności. Gdzieś między jedną jedynką z matmy a drugą zdążył pokazać mi kawałek świata, ucząc szacunku do innych kultur i umiejętności odnalezienia się w obcych miejscach. Gdzieś między jedną nieprzespaną z mojej winy nocą a drugą, nauczył wytrzymałości i obracania wszelkich niewygód w przygodę.
I przede wszystkim - szukania jasnych stron w każdej sytuacji. 

Nigdy się nie martwi, że sobie z czymś nie poradzę. Uważa, że to reszta świata powinna się martwić, że sobie ze mną nie poradzi. Jest ostatni do kwestionowania moich wyborów edukacyjno-zawodowych. Zamiast tego, nauczył mnie robić golonkę, prowadzić auto, jeździć na nartach, łowić ryby czy fotografować. Sprawdzał moje wypracowania, a jeszcze w przedszkolu robił mi najpiękniejsze kucyki i warkocze. Moje poczucie humoru to w jakiejś części też jego wpływy. 

I nawet jeśli proszę go o zakup awokado, a przynosi mi mango (bo wybrał najmniej pomarszczone) albo goni mnie do spania przed północą, mimo iż mam dwadzieścia dwa lata, czy denerwuje się, że niszczę sprzęgło i nie sprawdzam oleju, to i tak się uśmiecham pod nosem. Fakt, czasem robimy sobie przykrości w ten czy w inny sposób. Jednak mam wrażenie, że pod lepsze skrzydła nie mogłam trafić.
Kocham Cię Tato, nie tylko w Twoje święto.
I czemu miałabym tego nie oświadczyć tutaj, wszystkim?


środa, 18 czerwca 2014

a legitymacja jest?

Piękny jest ten rok pod względem koncertów. Nie pamiętam takiego. Jutro znowu pakuję majtki w plecak i uderzam w stolicę. Dropkick Murphys! Koncert życia (mam nadzieję!).
No skoro takie poważne wydarzenie to wiadomo, że trzeba ruszyć dupsko z Lublina-Biedlina (kocham go całym sercem, żeby nie było). Dobrze, że Warszawa blisko, nie ma problemu z dojazdem.

No, prawie nie ma.

Jest to jedna z tych sytuacji gdy moje serce krwawi, dusza płacze a portfel popełnia samobójstwo. Jest to jedna z tych sytuacji, kiedy szczerze żałuję i biję się w pierś, że na te studia nie poszłam.

Nie mam legitymacji.
Nie mam zniżki.

Dla transportu publicznego jestem w pełni dorosłym, odpowiedzialnym, potrafiącym zapewnić sobie finansowe bezpieczeństwo i swobodę człowiekiem. No chyba wasza stara.

O posiadanie legitymacji po skończeniu ogólniaka ledwo się otarłam. Bo wylądować miałam w szkole policealnej. Tam legitymacje rozdają z uśmiechem na twarzy. Jak się chyba rzuci dyszkę. Nie wiem. Nie wiem, ponieważ mój wspaniały kierunek wyleciał na kopach z policealnej i mimo iż nic w samym kształceniu się nie zmieniło, został mianowany kursem zawodowym. I tyle z mojej ulgi uczniowskiej było.

Świetnie się bawię, zajebisty mam humor gdy znajomi machają mi przed twarzą swoim -37% lub -51%. A niektórzy znajdują w tym dziwną radość i satysfakcję (pozdrawiam Macieja). I za cholerę nie zrozumiem, czym się tak bardzo różnię od znajomych studentów. Lat mamy tyle samo, i ja i oni się uczymy. A ja jeszcze dodatkowo za naukę płacę grube miliony (ok, tata płaci. ale ma nadzieje, że już niedługo). I pracy szukam bo mam zamiar zapierdalać jak głupia żeby mieć na swoje wydatki. I szczerze mówiąc wydaje mi się, że nie mam wśród znajomych kogoś, kto studiuje i utrzymuje się sam (jeżeli znam to przepraszam najmocniej i chylę czoła!). Jeśli zostali tutaj to mieszkają z rodzicami, rodzice karmią, rodzice poją, rodzice rzucą na piwo. Jeżeli wyjechali – rodzice płacą za mieszkanie, rodzice pakują słoiki. I jakoś idzie. No więc kurwa, czymże się różnimy? W tym momencie jeszcze niczym. Ale niedługo z domu mnie wykopią do dorosłości i samodzielności. A zanim będę zarabiać miliony to naprawdę, odciążeniem w postaci zniżki bym nie pogardziła ani trochę.

Smutno mi, smutno mi niesamowicie. I zła jestem chwilami.

Całe szczęście jestem na tyle sprytna, że polowanie na tanie bilety staje się powoli moją specjalnością. Kto to jedzie teraz do Warszawy za dziewięć złotych, no kto? Kto ogarnął Węgorzewo w jedną stronę za trzydzieści pięć monet?

Kłaniam się nisko.

Jeszcze stopem nigdy nie jechałam. Coś czuję, że w te wakacje rozdziewiczę się pod tym kątem. Bo bieda, bieda panie. 


niedziela, 8 czerwca 2014

łysi nie powinni grać w orkiestrze.

Jedną z tych rzeczy, której zazwyczaj nie mogę pogodzić ze szkołą, jest coniedzielny obiad u dziadków. Tradycja stara jak świat. Poważnie. Zdarzają się niedziele, kiedy tego obiadu nie ma, ale wtedy nikt nie wie, co ze sobą zrobić.

Każdy ma swoje miejsce przy stole, od zawsze. Stół rozsuwany, w razie kompletu. Obrus, serwetki - zazwyczaj bożonarodzeniowe lub wielkanocne, odwrócone na bardziej uniwersalną stronę. Czasami na środku dumnie stoją kilkudniowe już kwiaty, jeżeli się zmieszczą. Zawsze dwa dania, a różnorodność zestawów niewielka. Potem herbata, ciasto (trzy czy cztery różne, na zmianę) lub lody. Familijne, trójkolorowe. Przy okazji deseru, na stół wjeżdża alkohol. Wino, czysta. Czasami nalewki. A tydzień temu był szampan! Szampan, któremu dałyśmy radę z babcią we dwie. Bo dopić trzeba, zaraz będzie do niczego, szkoda wylewać. A dziś na trzeźwo.

Ładnie to wszystko brzmi. Taki piękny obrazek. Rodzina, niedziela, obiad, tradycja, święto, schabowy. Powaga i wyprasowane koszule. Otóż za chuj.
Nie wiem, czy kilka lat temu byłam za mała, żeby to zauważać, czy to może w nich się coś zmieniło. Bo niedzielny obiad u dziadków to jedna z najlepszych komedii. W najlepszym tego słowa znaczeniu! Większość rozmów to czysty surrealizm. Nikt nie dostaje odpowiedzi na pytania, sensowny dialog leży. Razem ze mną, pod stołem, płacząc ze śmiechu.

Wsiadamy z B do auta, przyjechali po nas. Całe szczęście, bo ten milion stopni w cieniu zabija.
- Co tam w Dziurze?
- A wszystko dobrze, dziadziuś zasłabł.

Umm. Ok.
- Bo to przez tą wilgoć tam. Nie powinien tam przebywać, bo to ta wilgoć tak działa, bo Wisła blisko.
- (jakiś lekarz) mówił, że właśnie to nie to.
- To pewnie kłamał.

Dojeżdżamy, wysypujemy się z auta, wjeżdżamy na ósme. Pomidorowa z kluchami plus schabiszcz z młodymi ziemniakami i sałatą. A czekając na odgrzanie...
- Jak tam?
- Z czym?
- Takie piękne miejsce jest, mówię ci. Hotelik by można postawić i jakąś restaurację. No przepiękne miejsce, idealne. Na hotelik. Przez dwa pierwsze lata było by ciężko ale potem... Motor kiedy kupujesz?
- Przecież ja nie mam jeszcze prawa jazdy nawet na auto.
- Oj tam prawo jazdy. Ty wiesz ile tych, tfu, polskich kierowców jeździ bez? A nawet jak mają, to proszę ja ciebie, nie znaczy, że potrafią jeździć. Ale mówię ci, piękne miejsce na hotelik.

Absolutnym mistrzem dziś był dialog między dziadkiem a prababcią.
- Jak się nazywa to do mięsa?
-To nie ta Dorotka.
- No jak się to nazywa?
- Zauważyłeś? To nie ta Dorotka co tu siedziała przed chwilą. Przyzwoicie wygląda.
- Pewnie sprzedała całe srebro z domu i się cieszy.
- A srebro drogie dziś...

Naprawdę. I wciąż nie mam pojęcia o co chodziło. Ale ok. Jeszcze przed deserem włączyli telewizor. Pałac Schönbrunn w Wiedniu, koncert plenerowy, Netrebko, Villazon i Domingo. Oprócz standardowego
No, to jest kultura! A nie jakieś noce kultury i kultury studenckie, psia mać

padło stwierdzenie, że
Łysi nie powinni grać w orkiestrze.

A gdy pojawiły się napisy końcowe
No i sukinsyn znowu nie zaśpiewał Toski.

Bawi mnie to i urzeka. Uwielbiam wolne niedziele. 
Za tydzień ostatni egzamin. Połowa za mną! 
A teraz odgrzeję sobie pierogi. Od dziadków.