niedziela, 8 czerwca 2014

łysi nie powinni grać w orkiestrze.

Jedną z tych rzeczy, której zazwyczaj nie mogę pogodzić ze szkołą, jest coniedzielny obiad u dziadków. Tradycja stara jak świat. Poważnie. Zdarzają się niedziele, kiedy tego obiadu nie ma, ale wtedy nikt nie wie, co ze sobą zrobić.

Każdy ma swoje miejsce przy stole, od zawsze. Stół rozsuwany, w razie kompletu. Obrus, serwetki - zazwyczaj bożonarodzeniowe lub wielkanocne, odwrócone na bardziej uniwersalną stronę. Czasami na środku dumnie stoją kilkudniowe już kwiaty, jeżeli się zmieszczą. Zawsze dwa dania, a różnorodność zestawów niewielka. Potem herbata, ciasto (trzy czy cztery różne, na zmianę) lub lody. Familijne, trójkolorowe. Przy okazji deseru, na stół wjeżdża alkohol. Wino, czysta. Czasami nalewki. A tydzień temu był szampan! Szampan, któremu dałyśmy radę z babcią we dwie. Bo dopić trzeba, zaraz będzie do niczego, szkoda wylewać. A dziś na trzeźwo.

Ładnie to wszystko brzmi. Taki piękny obrazek. Rodzina, niedziela, obiad, tradycja, święto, schabowy. Powaga i wyprasowane koszule. Otóż za chuj.
Nie wiem, czy kilka lat temu byłam za mała, żeby to zauważać, czy to może w nich się coś zmieniło. Bo niedzielny obiad u dziadków to jedna z najlepszych komedii. W najlepszym tego słowa znaczeniu! Większość rozmów to czysty surrealizm. Nikt nie dostaje odpowiedzi na pytania, sensowny dialog leży. Razem ze mną, pod stołem, płacząc ze śmiechu.

Wsiadamy z B do auta, przyjechali po nas. Całe szczęście, bo ten milion stopni w cieniu zabija.
- Co tam w Dziurze?
- A wszystko dobrze, dziadziuś zasłabł.

Umm. Ok.
- Bo to przez tą wilgoć tam. Nie powinien tam przebywać, bo to ta wilgoć tak działa, bo Wisła blisko.
- (jakiś lekarz) mówił, że właśnie to nie to.
- To pewnie kłamał.

Dojeżdżamy, wysypujemy się z auta, wjeżdżamy na ósme. Pomidorowa z kluchami plus schabiszcz z młodymi ziemniakami i sałatą. A czekając na odgrzanie...
- Jak tam?
- Z czym?
- Takie piękne miejsce jest, mówię ci. Hotelik by można postawić i jakąś restaurację. No przepiękne miejsce, idealne. Na hotelik. Przez dwa pierwsze lata było by ciężko ale potem... Motor kiedy kupujesz?
- Przecież ja nie mam jeszcze prawa jazdy nawet na auto.
- Oj tam prawo jazdy. Ty wiesz ile tych, tfu, polskich kierowców jeździ bez? A nawet jak mają, to proszę ja ciebie, nie znaczy, że potrafią jeździć. Ale mówię ci, piękne miejsce na hotelik.

Absolutnym mistrzem dziś był dialog między dziadkiem a prababcią.
- Jak się nazywa to do mięsa?
-To nie ta Dorotka.
- No jak się to nazywa?
- Zauważyłeś? To nie ta Dorotka co tu siedziała przed chwilą. Przyzwoicie wygląda.
- Pewnie sprzedała całe srebro z domu i się cieszy.
- A srebro drogie dziś...

Naprawdę. I wciąż nie mam pojęcia o co chodziło. Ale ok. Jeszcze przed deserem włączyli telewizor. Pałac Schönbrunn w Wiedniu, koncert plenerowy, Netrebko, Villazon i Domingo. Oprócz standardowego
No, to jest kultura! A nie jakieś noce kultury i kultury studenckie, psia mać

padło stwierdzenie, że
Łysi nie powinni grać w orkiestrze.

A gdy pojawiły się napisy końcowe
No i sukinsyn znowu nie zaśpiewał Toski.

Bawi mnie to i urzeka. Uwielbiam wolne niedziele. 
Za tydzień ostatni egzamin. Połowa za mną! 
A teraz odgrzeję sobie pierogi. Od dziadków.


2 komentarze:

  1. Właśnie umarłam ze śmiechu :DD <3

    OdpowiedzUsuń
  2. " Ty wiesz ile tych, tfu, polskich kierowców jeździ bez? "

    Jezu. To TFU! Teskniem!

    OdpowiedzUsuń