poniedziałek, 28 lipca 2014

za tych, co na morzu!

Po paru latach mniej lub bardziej legalnego oraz mniej lub bardziej intensywnego chlania, trochę żegnam alkohol. Wyszło tak a nie inaczej, w sumie to wciąż się śmieję. 
Nie wyobrażałam sobie, że taki dzień nadejdzie. Mooooże kiedyś, może na chwilę. A póki co stop-zabawa. Stop-zabawa bezterminowo. 

„Piwo jest dobre, piwo pić trzeba”. Tak gra w rajdersie, tak gra w głowie. Nawet na instagramie w opisie zadeklarowałam związek z piwem. Bo przecież to nic złego, siąść ze znajomymi w pubie przy kuflu. Kilka razy w tygodniu. Albo i codziennie. Bo na piwo o dziwo zawsze się znalazły fundusze. Się przyzwyczaiłam, przyzwyczaiłam się niesamowicie. Że jak gdzieś iść, to tam, to na piwo. Bo teoretycznie w Biedlinie nie ma nic lepszego do roboty (bulszit!). Bo tam są wszyscy, bo jest mój stół, bo są moje rzutki, bo są panowie barmanowie, co mi leją w kufel a nie w szklankę. I się czuję jak u siebie. I mi tam dobrze. A piętnaście monet to za dużo jak na kawę w kawiarni, w domu mam za darmo. 

A jak nie tam, to może plener? A jak jakiś wyjazd to i krata browara w bagażniku, czymś się trzeba zająć. A w niedzielę na obiedzie, lampkę wina na trawienie. A w urodziny za zdrowie, szczęście i pomyślność. A w piątek bo piątek. A na ucotku bo jak inaczej go przeżyć

No to ja właśnie będę pokazywać, jak inaczej go przeżyć. Chorera, czuję się jak alkoholik na spowiedzi. Ale to nie spowiedź, to deklaracja. Deklaracja silnej woli i w sumie poszerzania horyzontów (no a nie? nowe doświadczenia=nowe neurony, pozdrawiam T). Coś nowego mnie czeka. Jeden dzień odpustu sobie dam, no maksymalnie dwa. Chociaż na tę chwilę nie wiem, czy wykorzystam. 

Śmiesznie jest, naprawdę. Bo myślałam, byłam przekonana, że ciężko będzie to znieść. Że siedzenie z herbatą wśród pijących ludzi będzie mnie jakoś mimo wszystko wykluczać, że nie będę umiała w zabawę. Wyobrażałam się sobie siedzącą w kącie, przytulającą butelkę wody, podczas gdy inni tańczą. I w ogóle, nóż mi w dupę. 

Śmiesznie jest, bo od pierwszego „nie piję” udało mi się wrócić do domu raz po piątej rano, raz chyba koło czwartej. I super się bawiłam na koncercie. I teorię zdałam (ok, to nie ma nic do rzeczy, ale dalej cieszę mordę na samo wspomnienie). I przeżyłam przemiłe trzy dni nad jorem. I jakoś pijacki nastrój innych mi się łatwo udziela. I jednak umiem w zabawę. 

Śmiesznie jest

Ciekawa tylko jestem tylko, jak z moją umiejętnością robienia głupich rzeczy na trzeźwo. No bo ej, trzeba mieć co wspominać, a jak mówią internety „żadna dobra historia nie zaczyna się od jedzenia sałatki”.

Ok.
No to zobaczymy.

środa, 16 lipca 2014

przepraszam, kto z państwa ostatni?

Czy jest coś wspanialszego niż milion stopni w cieniu? Jest! Jazda nieklimatyzowanym autobusem z pozamykanymi oknami, gdy na zewnątrz milion stopni w cieniu. Coś jeszcze wspanialszego? Oczywiście rozmowy w nieklimatyzowanym autobusie z pozamykanymi oknami, gdy na zewnątrz milion stopni w cieniu. 
Zimo, bardzo tęsknię.

Wsiadłam w taki autobus. Na poczwórnym siedzeniu, tym z dwoma miejscami w kierunku jazdy i dwoma na przeciwko, siedziały dwie starsze panie. Na którymś przystanku dosiadła się do nich jeszcze jedna.
„Proszę, proszę. Tylko ostrożnie, bo nie mam paznokcia na palcu u nogi.”
I się zaczęło.

W bardzo krótkim czasie, kobiecina która się dosiadła, poznała całą historię owego palca, palca bez paznokcia. A razem z nią pół autobusu.
„Bo wie pani, człowiek w moim wieku już nie za dobrze widzi, a obcinać paznokcie u stóp też trzeba, bo rajstopy się podrą, po nowe by trzeba codziennie chodzić. Winda nie działa u nas w bloku, po schodach bym musiała chodzić w tę i z powrotem, to paznokcie obcinam, bo gdzież w moim wieku. A że nie za dobrze widzę, to i krzywo obcięłam. I zaczął wrastać. I tak czuję, cóż mnie tak boli, pęcherze się zrobiły? Ugryzło mnie coś? No ale jak w palec, jak w butach i rajstopach chodzę, no jak? I siny taki się palec zrobił, i bolało okropnie. I poszłam do doktorki mojej i mi powiedziała, że mi paznokieć wrasta. Tak do środka, pod skórę. Ten, co go obcięłam tak krzywo. Coś się tam źle stało i tak. I skierowanie do chirurga dostałam i trzeba było się dostać tam do środka, to co wrosło wyjąć. To i mi paznokcia zdjęli.”
Potem się można było się dowiedzieć, co się z owego palca sączyło, w jakim kolorze, jakiej konsystencji i z jaką częstotliwością. Potem cała opowieść poszła w stronę innych schorzeń. Nie wiem, wysiadłam.

Wysiadłam, poszłam do przychodni. Do przychodni, w której zaczynam się powoli czuć jak u siebie. No, ale trzeba się ogarniać. Jak nie życie, to chociaż resztki zdrowia. Weszłam do środka, w twarz mi jebło chłodem, bo klima. Telefon zawibrował, bo się połączył z darmowym wifi. No czego mi brakuje tam do szczęścia?

Wspięłam się na pierwsze, pokierowali mnie, tam gdzie zwykle. I siadłam. I siedzę. I czekam. Nie minęło 5 minut i przysiadła się do mnie pani, 50+. Zapytała na którą, wchodziłam przed nią. Myślałam, że na tym się skończy. Ale nie, dowiedziałam się, że już 5 lat tu przychodzi. I na Wallenroda jeszcze. I że pani doktor bardzo nie lubi spóźnialskich, czasami ich nie przyjmuje. Ale figurę to ma świetną. I że każdy mógłby taką mieć, pani nie miałaby nic przeciwko.
Dorwała mnie jeszcze na przystanku, zapytała, czy nic nie jechało. Bo prócz lekarza łączy nas też numer autobusu. Przepraszam, czy mam nową przyjaciółkę?

A pani doktor mi powiedziała, że mam ładne włosy.

I tak śmieję się troszkę, bo ostatnio nie mam nic do opowiadania prócz historii z badań i przychodni. Zupełnie jak te wszystkie jeżdżące codziennie autobusami do lekarzy babuszki.
Czy to już dorosłość?
Czy może starość?
Nawet kartę stałego klienta do Diagnostyki mi dali. Pięć procent zniżki!
Beret mi proszę kupić.
Bo pierwszą koleżankę do plotkowania już mam.

sobota, 5 lipca 2014

dobrze, że nie mamy dywanów.

 Moja mama mieszka około tysiąc dwieście kilometrów stąd.
Także tak, jestem pół-euro-sierotą. 
Często mnie pytają, czy moi rodzice są razem. Są. I mają się świetnie. 

Z racji iż mama przyjeżdża do Biedlina bardzo rzadko, każda jej wizyta to wielkie święto. Wielkie święto sprzątania, a co za tym idzie, niepisane konkursy na lepszą córkę, święto absurdów, święto wyzwisk i udowadniania kto jest najbardziej bezużyteczny. 
I jak nietrudno się domyślić, w królestwie bezużyteczności rządzę niepodzielnie od wielu miesięcy (lat?). 

Wszyscy wiemy, jak wygląda sprzątanie domu na święta. Albo znamy termin „wiosennych porządków”. Wiąże się to generalnie z wielkim zapierdolem, wywalaniem milionów siat śmieci, odsuwaniem mebli w miarę możliwości, myciem okien,  myciem podłóg na kolanach, trzepaniem dywanów (dobrze, że nie mamy dywanów), odkurzaniem wszystkiego, do czego się sięgnie rurą odkurzacza. Bo tak trzeba. I jak jeszcze na święta dom jakoś tam ogarniemy, tak żeby było nawet nawet w skali od meliny do muzeum (bo na co dzień mieszkanie oceniam na ujdzie w porywach do jest dobrze), tak na przyjazd mamy szykujemy się jak na przybycie perfekcyjnej pani domu, czy kto to tam latał po obcych chałupach z białą rękawiczką (kiedyś jej taką kupię, obiecuję).
I myję drzwi, odkurzam sufit, czyszczę butelki z płynami czyszczącymi. Ale zawsze jest mało. Bo zapomnę o umyciu śmietnika. Albo odkurzeniu żyrandola. Poukładaniu sztućców w szufladzie. 
Ja rozumiem, fajnie się siedzi w czystym domu. Jak nic się nie przykleja do stóp, a w lodówce nie śmierdzi. Ale jakbyśmy się nie starali, pierwszego dnia i tak usłyszymy, że jest brudno. Nie, że bałagan. Tylko że brudno. Mimo, iż prysznic wygląda jak nowy, a każdy kąt w domu jest niemalże wylizany. 
Śmieszny fakt: po wyjeździe mamy jest jeszcze większy burdel niż był przed przyjazdem.

Jak patrzę na to całe zamieszanie, to cycki mi opadają. I w wielu czynnościach sensu nie widzę. Przez co przegrywam z siostrą, która zrobi pranie, zrobi obiad, umyje okna bo się jej nudzi. Bo czuje potrzebę, bo czuje obowiązek. A już najlepiej jest, gdy mam przydzielone konkretne zadania. Tata przed wyjściem do roboty zostawi kartkę a ja mam się bawić dobrze. W związku z tym, że za wcześnie to ja nie wstaję, czasami połowa rzeczy (albo i wszystko) jest zrobiona zanim mam w ogóle się zamiar się za nie zabrać. 
A moja młodsza siostra uwielbia sprawiać, że czuję się gorzej. Przyjmuje wtedy pozycję matki/starszej siostry i rozlicza mnie ze wszystkiego. Czasami się zastanawiam „to po cholerę się bierzesz za moje obowiązki?”. Wiem. Żeby właśnie móc mnie zjechać, że nic nie robię.

Ale mimo wszystko, fajnie jest, jak mama jest. I wiem, że maksymalnie za trzy dni, w momencie jakiegoś wkurwu z głupiego powodu, przejdzie mi przez myśl „jedź już”. Ale i tak wszyscy skończymy ze świeczkami w oczach jak będzie się pakować i żegnać. Mimo, iż raczej dwa tygodnie później znowu się zobaczymy. Tylko, że tam.

Zobaczymy, jak będzie tym razem. Tak czy siak, Martuszka to niezła wariatka (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu!) i może da mi jakiś powód do napisania kolejnej notki (po cichu na to liczę). Jak na razie, dokonałam rzeczy, o której myślałam, że nigdy mi się nie uda. Otóż moja mama właśnie wypija moje żulmany. Z uśmiechem na twarzy, obrażona na inne piwa, które zawsze piła. Żulman lepszy. Nigdy się nie spodziewała. A nie mówiłam?