sobota, 5 lipca 2014

dobrze, że nie mamy dywanów.

 Moja mama mieszka około tysiąc dwieście kilometrów stąd.
Także tak, jestem pół-euro-sierotą. 
Często mnie pytają, czy moi rodzice są razem. Są. I mają się świetnie. 

Z racji iż mama przyjeżdża do Biedlina bardzo rzadko, każda jej wizyta to wielkie święto. Wielkie święto sprzątania, a co za tym idzie, niepisane konkursy na lepszą córkę, święto absurdów, święto wyzwisk i udowadniania kto jest najbardziej bezużyteczny. 
I jak nietrudno się domyślić, w królestwie bezużyteczności rządzę niepodzielnie od wielu miesięcy (lat?). 

Wszyscy wiemy, jak wygląda sprzątanie domu na święta. Albo znamy termin „wiosennych porządków”. Wiąże się to generalnie z wielkim zapierdolem, wywalaniem milionów siat śmieci, odsuwaniem mebli w miarę możliwości, myciem okien,  myciem podłóg na kolanach, trzepaniem dywanów (dobrze, że nie mamy dywanów), odkurzaniem wszystkiego, do czego się sięgnie rurą odkurzacza. Bo tak trzeba. I jak jeszcze na święta dom jakoś tam ogarniemy, tak żeby było nawet nawet w skali od meliny do muzeum (bo na co dzień mieszkanie oceniam na ujdzie w porywach do jest dobrze), tak na przyjazd mamy szykujemy się jak na przybycie perfekcyjnej pani domu, czy kto to tam latał po obcych chałupach z białą rękawiczką (kiedyś jej taką kupię, obiecuję).
I myję drzwi, odkurzam sufit, czyszczę butelki z płynami czyszczącymi. Ale zawsze jest mało. Bo zapomnę o umyciu śmietnika. Albo odkurzeniu żyrandola. Poukładaniu sztućców w szufladzie. 
Ja rozumiem, fajnie się siedzi w czystym domu. Jak nic się nie przykleja do stóp, a w lodówce nie śmierdzi. Ale jakbyśmy się nie starali, pierwszego dnia i tak usłyszymy, że jest brudno. Nie, że bałagan. Tylko że brudno. Mimo, iż prysznic wygląda jak nowy, a każdy kąt w domu jest niemalże wylizany. 
Śmieszny fakt: po wyjeździe mamy jest jeszcze większy burdel niż był przed przyjazdem.

Jak patrzę na to całe zamieszanie, to cycki mi opadają. I w wielu czynnościach sensu nie widzę. Przez co przegrywam z siostrą, która zrobi pranie, zrobi obiad, umyje okna bo się jej nudzi. Bo czuje potrzebę, bo czuje obowiązek. A już najlepiej jest, gdy mam przydzielone konkretne zadania. Tata przed wyjściem do roboty zostawi kartkę a ja mam się bawić dobrze. W związku z tym, że za wcześnie to ja nie wstaję, czasami połowa rzeczy (albo i wszystko) jest zrobiona zanim mam w ogóle się zamiar się za nie zabrać. 
A moja młodsza siostra uwielbia sprawiać, że czuję się gorzej. Przyjmuje wtedy pozycję matki/starszej siostry i rozlicza mnie ze wszystkiego. Czasami się zastanawiam „to po cholerę się bierzesz za moje obowiązki?”. Wiem. Żeby właśnie móc mnie zjechać, że nic nie robię.

Ale mimo wszystko, fajnie jest, jak mama jest. I wiem, że maksymalnie za trzy dni, w momencie jakiegoś wkurwu z głupiego powodu, przejdzie mi przez myśl „jedź już”. Ale i tak wszyscy skończymy ze świeczkami w oczach jak będzie się pakować i żegnać. Mimo, iż raczej dwa tygodnie później znowu się zobaczymy. Tylko, że tam.

Zobaczymy, jak będzie tym razem. Tak czy siak, Martuszka to niezła wariatka (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu!) i może da mi jakiś powód do napisania kolejnej notki (po cichu na to liczę). Jak na razie, dokonałam rzeczy, o której myślałam, że nigdy mi się nie uda. Otóż moja mama właśnie wypija moje żulmany. Z uśmiechem na twarzy, obrażona na inne piwa, które zawsze piła. Żulman lepszy. Nigdy się nie spodziewała. A nie mówiłam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz