niedziela, 14 września 2014

czterdzieści godzin za mną.

Wsiadam w czternastkę. Zakładam słuchawki, włączam losowe odtwarzanie.
„You better work, bitch!”
Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby Britney chodziło o taką pracę.
Tym bardziej za darmo.

No siema, od tygodnia zasuwam na praktykach. Ciężka sprawa, tak się przestawić z dwudziestoczterogodzinnego opierdalańska na zapierdalańsko. Marne Osiem godzin na kuchni. I myślcie, mówcie co chcecie. To nie jest lekka praca. A przynajmniej lekko nie jest tu, gdzie trafiłam. A może za bardzo się staram?

W poprzedni poniedziałek weszłam nieśmiało do lokalu.
Tu jest szatnia, tu łazienka, tu pan Wojtek. Przebierz się i już on ci powie, co robić.
Przebrałam się, a potem natłukłam i nasmażyłam ze 40 schabiszczy na katering (spaliłam tylko dwa!). I szczerze mówiąc, nie pamiętam już, co jeszcze zrobiłam. Ale pamiętam, że ledwo się stamtąd wyczołgałam. Przekonana, że głowa mi zaraz eksploduje, a nogi i ręce odpadną, wzięłam procha, zapaliłam, nie dopiłam piwa, które kupiłam sobie w nagrodę i/lub na ratunek i cudem dotarłam na powrotny autobus. Dochodziłam do siebie dobre trzy godziny. A potem pojechałam do rajdersa.

Następny dzień był dla mnie łaskawszy. Żywsza weszłam do knajpy i żywsza z niej wyszłam. Kuchni nie zobaczyłam przez cały dzień - sprzątałam i oczkowałam ziemniaki przez osiem godzin. W nagrodę za piękne ogarnięcie syfu wyszłam pół godziny wcześniej.

W środę mieliśmy niespodziankę - nawiedził nas sanepid. Dwie pańcie przysłane z powodu konkretnego zgłoszenia, dokładnie wiedziały gdzie zajrzeć i co sprawdzić. Zanim zostały wpuszczone na kuchnię, biegałam ze szczotką i ścierką, zmywałam w rekordowym tempie i chowałam rzeczy, które powinny być schowane. Dostałam też bardzo poważne zadania, jak zeskrobanie folii z blatu czy wyjęcie wszystkiego z zamrażarki, zważenie, a gdy pańcie poszły - podpisanie środową lub czwartkową już datą produktów garmażeryjnych i schowanie wszystkiego z powrotem w lodówki. Że niby świeże, dopiero robione. Bo pańcie obiecały, że wrócą.

I wróciły, w piątek. W piątek, w który to pierwszy raz coś poważnie spierdoliłam. Moje pierwsze w życiu hamburgery zostały odesłane na kuchnię, bo były niezjadliwe. Bo kuchenka mikrofalowa za długo, bo piec za krótko, coś tam, nie wiem. Pizzę zrobiłam w ramach rekompensaty. Przynajmniej to mi dobrze wychodzi i naprawdę lubię to robić. Niech mnie jeszcze z ciasta przeszkolą, to nie wrócę już nigdy do siekania kapusty czy oczkowania ziemniaków.

No ale póki co jestem kartoflaną księżniczką.

Bardzo sympatyczną i pracowitą (!).
I fajna ze mnie dziewczyna.
I będą ze mnie ludzie.
Takie rzeczy słyszę.
I Martuszka jest ze mnie dumna.

I niby chcą mnie przyjmować do pracy. Zobaczymy, jak będzie. Póki co jeszcze trzy tygodnie praktyk przede mną. W weekend zaczyna mi się trzeci semestr szkoły. Siedem dni na kuchni - na samą myśl mnie boli wszystko, co może boleć.
Ale chyba gdzieś w środku czuję, że mi się podoba.
I tak będę narzekać - w tym w końcu jestem najlepsza.
Ale jest całkiem dobrze. Uczę się nowych rzeczy, lubię uczyć się nowych rzeczy. 
I udowadniam sobie, że mogę i że się da. Sobie i całej reszcie.
Bo przecież jeszcze rok temu informacja, że będę kucharzem wywoływała na zmianę śmiechy i niedowierzania. No tak, całe życie pod hasłem ja-wam-pokażę.
Pokazuję?


poniedziałek, 1 września 2014

będzie fajnie.

Pierwszy września.
Szczęśliwego nowego roku!
Szkolnego.

Dwa lata temu o tej porze*, siedziałabym w krzakach/pubie z winiaczem/piwem w łapie. Trochę się stresując, że tym razem naprawdę nie zdam, a trochę z nadzieją, że jednak będzie fajnie
Wiecie co? 
Naprawdę było fajnie
Mimo iż nie było łatwo i milion razy wracałam do domu zapłakana, bo miałam dość. Mimo iż wstawanie rano sprawiało (i dalej sprawia!) okropny ból każdej części ciała. I co roku obiecywałam sobie, że będę się uczyć. I z każdym następnym razem uczyłam się co raz mniej. Dobrze, że chociaż zdolna byłam jestem.

 *Zaczynałam to pisać duuuuużo wcześniej. Ale szczerze mówiąc 23 to też dobra godzina na takie zabawy. Co z tego, że następnego dnia najprawdopodobniej kochana matma na 8.

Trochę tęsknię za szkołą, chociaż ledwo ją skończyłam. Nie za żadną konkretną, bo każdej jednej pokazywałam środkowy palec na do widzenia. Ale z łatwością potrafiłabym wymienić z pięćdziesiąt małych rzeczy, za którymi tęsknię (zapraszam do weryfikacji). A akurat działy się w szkołach, akurat szkoły stwarzały mi warunki. 
Ej, naprawdę było spoko. 
I wiem, że niemal niemożliwe jest wypowiedzenie takiego zdania, gdy się wciąż do szkoły chodzi. Ja też klęłam i chciałam podpalać. Oj, bardzo!

Także tak, wakacje prawie za nami. Studenty zaraz zaczynają kampanię wrześniową, świeże studenty jeszcze miesiąc będą wkurwiać zdjęciami z wyjazdów czy po prostu resztkami wolności (a ja razem z nimi, przepraszam), albo zdjęciami nowych mieszkań, z daleka od Biedlina. 
Uciekają ci moi znajomi, spierdalają, jakby w tych metropoliach za darmo się żyło. Łamiecie mi serce, naprawdę. Ale co ja wiem. Wciąż bez pracy, wciąż bez studiów, wciąż bez konkretnego planu. Za pół roku pierwszy egzamin, za rok drugi. Za tą ‘szkołą’ też powoli zaczynam tęsknić. Zapaska uprana czeka na powrót na Al. Spółdzielczości Pracy. Kiedy zacznę zajęcia? Znowu kurwa nie wiadomo. 

Póki co wiem, że przede mną co najmniej jeszcze dwa tygodnie wakacji. Na żadne ekscesy już nie liczę. Jak mi ostatnio bardzo dobitnie przypomniano: „no expectations - no disappointments”. Poopierdalam się jeszcze trochę, poczekam na plastik (zostałam oficjalnie kierownicą, nareszcie), skończę Friendsów po raz trzeci. 

I będę się patrzeć w niebo, ostatnio często patrzę w niebo.
Z uśmiechem na mordzie, ze spokojem w głowie.

A potem zaczną się zajęcia i mam nadzieję, że wrócę do relacjonowania mojego leniwego życia. 

Naprawdę życzę szczęśliwego nowego roku. 
Wszystko jedno czy liceum czy studia czy jeszcze coś innego. 
I wielką chęcią rozdałabym cały entuzjazm, który we mnie siedzi. 
Bo mam go na garści.