niedziela, 5 października 2014

nie wiem, co robić.

Muszę się nauczyć pisać na bieżąco. Bo teraz mam do opowiedzenia tyle, że albo wyjdzie kawał notki albo o połowie nawet nie wspomnę. 
Ok. 
To gdzie ostatnio skończyłam?

15 września - poniedziałek. Zaczęłam drugi tydzień praktyk. Pamiętam, że Bystrzyca niesamowicie śmierdziała i widziałam skuter na ścieżce rowerowej. 
W Grande szło mi coraz lepiej, coraz częściej siedziałam na głównej kuchni. Zrobiłam prawie pięć kilogramów ciasta na pizze. Wyrabianie takiej ilości - koszmar. Satysfakcja ze zwycięstwa? Ogromna. 
Wychodząc do domu sprawdziłam status mojego plastiku - był już do odebrania.

Następnego dnia, we wtorek, zerwałam się niesamowicie rano i pojechałam odebrać moją dumę i mój skarb. Nie lubię urzędów, dużych oddziałów pocztowych i przychodni. Nie znoszę. Nie umiem trafić gdzie trzeba, nie wiem jak mam cokolwiek załatwić (no wziąć ten numerek czy nie?) i boję się, że ludzie będą niemili, że mój uśmiech i zagubione, przerażone oczka nic nie pomogą. 
Ale bądźmy dorośli.
Weszłam, poszłam nie tam gdzie trzeba, zawróciłam, wspięłam się po schodach. I stanęłam na szczycie i się rozglądam. O, jest tablica. Pokój sto jedenaście - odbiór. No to idę na poszukiwania, budynek mi się kończy a sto jedenaście nie widać. Zawracam. Pytam w kasie. Znowu poszłam w złą stronę. Wróciłam do schodów, widzę sto dziesięć w którym jest, między innymi, stanowisko jedenaste. Jakoś mi to podpasowało, więc wmaszerowałam. Co z tego, że powinnam mieć numerek. Co z tego, że to wciąż nie jest sto jedenaście. Co ja tu w ogóle robię? Pani powiedziała, że to nie tu, że to tam dalej. Wychodzę, sierota największa. I idę szukać tego durnego pokoju. Znalazłam, wchodzę, pokazuję dowód, mam wrócić za dziesięć minut, bo coś tam. Wracam, dziękujemy, to wszystko, do widzenia. Ale ej, ale zaraz. Czy ja nie powinnam zapłacić?
I w ten oto sposób straciłam szansę na darmowe prawo jazdy. Ciekawe, czy by mnie ścigali. 
Biegiem na praktyki, zdążyłam. 

W środę po praktykach pamiętam, że polazłam do rajdersa, strasznie przegrywałam w bilard bo ledwo się mogłam ruszać, ucieszyła mnie chyba najbardziej niespodziewana wizyta, wracałam do domu z uśmiechem na twarzy i Rose Tattoo w słuchawkach.

W piątek dostałam podpisy i piąteczkę za pierwsze osiemdziesiąt godzin.
Wieczór był zabawny. Poznałam dwójkę Hiszpanów. Przekonana, że już nie umiem nic mówić po hiszpańsku, przegadałam z nimi pół nocy. Upili mnie porządnie, jeden z nich bardzo chciał mi pokazać swój pokój w hotelu, ale się nie dałam. Strasznie dobrze się bawiłam, bo wreszcie coś nowego, jakiś inny wieczór. Naprawdę dobrze się bawiłam. Jak się okazało później, nie wszystkim moim znajomym się to podobało. Cóż, trudno
Z Hiszpanami się ustawiłam na następny dzień. Najpierw na mecz żużlowy, potem znowu na jakieś piwo. Okazało się, że nawet na trzeźwo potrafię coś z siebie wycisnąć. Ale i tak byłam bardzo zadowolona, że bardziej się wszyscy skupialiśmy na meczu a nie na rozmowach. 

W niedzielę pierwsze zajęcia w szkole. Przesiedzieliśmy dziewięć godzin na kuchni, coś tam porobiliśmy. Mimo iż zapierdol trzysta razy mniejszy niż w knajpie, to wróciłam bardziej zmęczona. 

W środę około dwunastej trzydzieści szef kuchni odesłał mnie do domu. Bo wyglądałam jak gówno, bo tak się czułam. 
Dlaczego? Nie wiem. 
Następny dzień spędziłam w domu. Przespałam prawie cały. 

W piątek już w pełni sił wróciłam do Grande. I pytali mnie jak się czuję, czy wszystko okej. I mówili jakie tu zamieszanie było beze mnie, jak tęsknili. Kochane. I szef mnie pochwalił, że robię bardzo ładne pizze. 
A wieczorem wio do Monachium.

W poniedziałek, świetnie się bawiąc na Oktoberfeście, dostaję smska. Smska, z którego wynikało, że likwidują mi mój kurs, mój kierunek, moją szkołę.
No kurwa mać.
Humoru już chyba nie odzyskałam. Wkurwiona i zmartwiona wróciłam do Lublina.
W czwartek poszłam do Grande, opowiedziałam o sytuacji. W zasadzie praktyk już nie potrzebuję, ale chętnie bym została. I zostałam na osiem godzin, charytatywnie. Co dalej? Mają dzwonić. Niby mnie chcą. Bardzo bym chciała, żeby tym razem się z pracą udało. 
Bardzo

W piątek poszłam na zebranie do szkoły. Przez chwilę pojawiła się opcja, że po prostu będziemy chodzić dłużej na zajęcia. O cały semestr. Bo większość pracuje w soboty i niedziele, więc co tydzień wolnego nie dostanie, co drugi bardziej. A że w planie mieliśmy zajęcia co tydzień, to wystarczyło to rozłożyć i jakoś by poszło. Ale wtedy posypało się kilka osób i zostało nas zbyt mało, żeby nas trzymać, nóż nam w dupy, do widzenia. 
Ponad dwa tysiące polskich nowych złotych przepadło, rok życia przepadł. 
Kurwa. 

Czyli co? Chwilowo jestem okropnie wolnym człowiekiem, tak wolnym jak byłam jeszcze niedawno. Marudziłam, że praktyki, że praca, że szkoła, że nie mam wolnej chwili? Proszę bardzo, teraz mam nic tylko wolne. 

I nie wiem co robić. Kontynuować nauki nie mam gdzie, z szefem obdzwoniliśmy szkoły. 
Liczę na telefon od nich. Że mi powiedzą no chodź Dorotka, zapraszamy, tęsknimy. 
Bo jeśli dane mi być jest kucharzem, to nim zostanę i bez papiera, prawda?
A jeśli nie to cóż. 
Znajdę coś innego