środa, 5 listopada 2014

nie wiem, jak wygląda schab po bosmańsku.

Przez całe życie miałam milion pomysłów na to, kim zostanę, jak będę duża. Przerabiana była piosenkarka, malarka, pisarka, ksiądz, jubiler, pilot, taksówkarz, kierowca autobusu, polityk, fryzjer... Pamiętam, że chciałam też robić perfumy, organizować imprezy lub koncerty, projektować ogrody, malować kubki albo sprzedawać przeróżne rzeczy. Myślałam też o aktorstwie, projektowaniu kostiumów, operowaniu kamerą, ilustrowaniu książek i lepieniu sztucznych szczęk. Ah, jeszcze oczywiście fotograf lub pilot wycieczek!
(I chciałam studiować. We Wrocławiu albo najlepiej w Oxfordzie. Co ambicje.)

Pomysłów było pewnie jeszcze osiem razy tyle, ale dziewięćdziesiąt procent tego to tylko luźne idee, w kierunku realizacji których mi się wcale nie spieszyło. Zresztą, wiele z nich trzeba było odrzucić, czy z braku talentu czy z braku penisa. 

O kuchni chyba nie pomyślałam nigdy. Fakt, trafiły się w moim życiu trzy osoby, które mi pokazały, że to może być fajne. Jedna z nich to Sookie St. James z Gilmore Girls, druga to Monica Geller z Przyjaciół, a trzecia to już prawdziwa żyjąca osoba, z którą miałam przyjemność zrobić wiele pijanych pizz i makaronów. 

Tyle razy się już rozwodziłam nad tym, jak mi się to zaczyna podobać, jak mi dobrze idzie, jak się z tym dobrze czuję i jak bardzo lubię moją pracę, że trochę mi wstyd powtarzać to kolejny raz. Ale kurwa, tak jest. 

No ale, żeby nie było zbyt kolorowo. 
Nudzę się. 
Moja praca mi się nudzi.
Moje życie pracownika mi się nudzi.
Codzienne wstawanie, codzienna podróż czternastką pełną słoików, codzienne osiem godzin w tych samych ścianach z tymi samymi ludźmi i z tym samym menu. O, to jest zabawna sprawa. Nudzi mi się menu, mimo iż jeszcze nie ogarnęłam go całego. Nie wiem, czy ryba idzie z ziemniakami. Nie wiem, gdzie są steki wieprzowe. Nie wiem, jak w końcu wygląda ten pieprzony schab po bosmańsku. 

I okropnie mnie wszystko boli. W ciągu miesiąca odpierdoliłam roczny łorkałt, jestem tego pewna. Wieczne zakwasy, wieczne bóle mięśni, stawów. Wszystko. 
I zmęczona jestem i nie umiem odpocząć. Weekend to za mało, żeby nabrać sił. Nawet jeśli grzecznie przeleżę go w łóżku. Zmęczona jestem do tego stopnia, że nawet za pisanie jest mi się ciężko zebrać. Co widać. 

Mija dziś dokładnie miesiąc od ostatniej notki. Fakt, trochę się działo, ale jednak zmęczenie wygrało z brakiem czasu. Miałam w planie zrobić apdejt, opowiedzieć po kolei co i jak, ale wyszło długo i nudno. A mi nudno wcale nie było. W wielkim skrócie:
przede wszystkim dostałam pracę. No ale to oczywista oczywistość. Zrobiłam w sumie ze trzysta pięćdziesiąt kilometrów Passatem, zakochuję się. Wreszcie zaliczyłam kolejny koncert Patologii. Ulepiłam kilogramy pierogów, zintegrowałam się z dwójką współpracowników na piwie i wygrałam w bilarda. Spóźniłam się w filharmonię. Chorowałam. Wypiłam pierwszego domowego grzańca i zrobiłam pierwszą carbonarę (a wczoraj drugą, bo jestem świetna). Zaliczyłam pierwsze jebnięcie w obce auto na parkingu. Odwiedziłam jednych z moich najulubieńszych ludzi w stolicy, która z każdym moim kolejnym pobytem podoba mi się co raz bardziej. I byłam w Zoo!

No ale wracając. To, jak bardzo padam na ryj po prawie każdym jednym dniu, sprawia że zastanawiam się nad zmianą profesji. Może nie zastanawiam się, bardziej myślę co by było gdyby. Co by było gdybym siedziała na kasie. Albo w kiosku. Albo na słuchawce. 
Albo gdybym poszła na studia.
Śmieję się.

Trochę się boję, że idąc w tę stronę, w którą zmierzam, coś mnie ominie. Bo może w czymś byłabym lepsza, zarabiałabym złote góry bez wiecznego przemęczenia i poharatanych rąk. 
A trochę się boję, że jeśli to rzucę, to nie znajdzie się dla mnie już nic. 
To znaczy, zawsze coś tam się znajdzie. 
Tylko czy ja bym umiała zrezygnować z satysfakcji z tego co robię dla wygody?
Bo co z tego, że ledwo idę na autobus powrotny, skoro idę z uśmiechem?
I nigdy się nie obrażę, jak mi ktoś powie, że moje miejsce jest w kuchni. 
Trochę ma rację.
Trochę jest.