niedziela, 29 listopada 2015

znowu śmierdzę frytkami.

Po dwóch tygodniach nauki przystosowania do życia bez prawej ręki (z dumą wpisałabym sobie cztery plus), zostałam uwolniona. Nie obyło się bez nerwów i problemów, bo jak się okazuje, chyba wszyscy lubelscy ortopedzi biorą urlop w tym samym czasie. Na szczęście znalazł się chirurg, który wziął mnie pod swoje skrzydła, zdjął gips (w penisy, bo moi znajomi są dorośli i dojrzali) i pilnował mojej samodzielnej rehabilitacji. 
Wkładanie ręki do gorącej wody było wątpliwą rozrywką, tym bardziej, że zazwyczaj szykowałam sobie miednicę wrzątku. Nie obyło się bez krzyków i najpospolitszych polskich przekleństw. No ale. Mus to mus. A mus był, bo nie pamiętam, żeby zależało mi na czymś bardziej, niż (jak najszybciej) sprawna prawa ręka. W końcu kariera przede mną.

Gdy tylko poczułam, że wszystko działa zadowalająco, zadzwoniłam z radosną nowiną do pracy. Że żyję, że mam się spoko, że chcę pracować, że nadciągam i nadchodzę. 

I nadeszłam. Umówiłam się na jakiś dzień. Nie pamiętam, czy to była środa czy może czwartek. Czy piątek. Nie pamiętam, o jakiej godzinie się stawiłam. Pamiętam tylko, że podeszłam do lady i zaczęłam tłumaczyć. Że ja miałam dziś przyjść ogarnąć rzeczy. 
Bo miałam pracować, ale się rozsypałam. Że gips, że nie wiem co i jak. I przekonana, że moje zmienniczki wiedzą o co chodzi, patrzyłam głęboko w ich oczy i czekałam, aż mnie wpuszczą, aż mnie zaproszą za ladę.
Zamiast tego usłyszałam tylko „Aha. Ale coś pani podać?”.
Zmieszana odpowiedziałam, że nie. Że dziękuję. 
I stałam wytrwale dalej, obserwując je z perspektywy klienta. 
I pewnie jak klient wyglądając. Taki trochę niespełna rozumu.

Zebrałam się drugi raz. I zaczęłam tłumaczyć od nowa. I za drugim razem już się udało, wpuściły mnie. Okazało się, że nikt nie zapowiedział mojego przybycia. Na transparenty i powitalne okrzyki nie liczyłam, no ale przecież to ja. To ta sierota, co skręciła rękę pierwszego dnia pracy, w ciągu dziesięciu pierwszych minut. Powinnam być legendą

Bo w mojej głowie jestem.

I przyszłam tak raz, na jakieś trzy godziny. Potem w niedzielę. Trochę przygotowywałam zamówienia, a trochę tańczyłam z mopem. Kilka razy udało mi się użyć kasy fiskalnej

Wróciłam do domu śmierdząca frytkami. Potem w poniedziałek zaliczyłam zebranie, które teoretycznie mnie nie do końca dotyczyło (bo nie zdążyłam jeszcze zrobić nic, co zasługiwałoby na opierdziel). Praktycznie jednak, usłyszałam jedną rzecz, która dotyczyła tylko i wyłącznie mnie.
Jestem powolna.

Wkurwiłam się. 

Jak mam być szybka, skoro nie mam pojęcia co i jak. I dlaczego usłyszałam to od przełożonej zamiast od osób, które tak stwierdziły. Wkurwiłam się

Więc po dwudniowym rozeznaniu w terenie, stawiłam się wczoraj na samo otwarcie barku. 

I przez całą zmianę zasuwałam jak nakręcona. Co chwilę próbowałam ściągnąć na siebie wzrok zmienniczki. Najlepiej taki, który wyrażałby pochwałę, aprobatę. 

Czy tę aprobatę dostrzegałam czy też nie, robiłam swoje. Z największym na świecie zaangażowaniem biegałam po całej „kuchni”, a poziom endorfin przekraczał normę. 

Im większy był młyn, tym lepiej było mi w głowę i tym mniejsza była szansa, że spierdolę jakieś zamówienie. Dawno się tak nie czułam. 

Zastanawiam się, jak długo ten zapał do pracy mi się utrzyma. 

Dziś obudziłam się z zakwasami, ale i z uśmiechem. 
Ciekawe, czy będzie duży ruch. 
Oby.

czwartek, 22 października 2015

dziesięć minut.

Co raz trudniej mi się wstaje. Bo z budzeniem się nie mam najmniejszego problemu. Tylko weź podnieś dupę zamiast próbować spać dalej. Tym bardziej, że nie masz nic do roboty. Albo przynajmniej tak się wydaje.

Niedzielną noc spędziłam rozsyłając cv, z każdą następną minutą patrząc co raz mniej krytycznie na ogłoszenia. Co z tego, że nie mam doświadczenia, nie jestem studentką i w sumie to nie chce być kelnerką. Może kliknięcie wyślij spowoduje taki łańcuch reakcji, że wreszcie zostanę milionerką. W filmach tak się dzieje.

W poniedziałek odebrałam cztery telefony z zaproszeniami na rozmowy. Pierwsza jeszcze tego samego dnia. Pojechałam do centrum handlowego i znalazłam wysepkę z biżuterią. Popatrzyłam na świecący towar, popatrzyłam na szklane gabloty i mocne oświetlenie, popatrzyłam na wątpliwych rozmiarów metraż i popatrzyłam na kilkanaście sztuk konkurencji na miejsce sprzedawcy. O losie, odechciało mi się.
- Dzień dobry, ja na rozmowę o pracę.
- Szefostwo jeszcze nie dojechało, proszę poczekać.
I czekałam. Wszystkie czekałyśmy. Jak się okazało, niektóre czekały już ponad godzinę. Więc poczekałam na tych szanujących ludzi pracodawców trzydzieści dwie minuty i życząc reszcie powodzenia, wróciłam do domu. To by było na tyle. Fajnie.

Następnego dnia zaliczyłam jedną udaną rozmowę. Wróciłam do domu żeby za chwilę pojechać na następną. Po godzinie kręcenia się w centrum i porażce w kwestii parkowania (studenty), zrezygnowałam. Bo trochę wstyd spóźniać się pięćdziesiąt minut, trochę strzał w kolano. Na następną nie poszłam, bo pojebały mi się godziny.
No świetna jestem w te rozmowy.
Brawo ja.

Wczoraj wróciłam w pierwsze miejsce. Pokazano nam lokal i wzięliśmy się za sprzątanie, oglądanie i organizację. Cóż, ja nie zdążyłam się rozpędzić. Mój pobyt trwał tam około dziesięciu minut, w ciągu których zdążyłam się potknąć, upaść i skręcić nadgarstek. Resztę dnia spędziłam na oddziale ratunkowym cicho pochlipując, bardziej z powodu własnej ułomności niż z bólu. A może i z bólu.

Po ponad dwóch godzinach czekania na moją kolej, weszłam za wiecznie zamknięte drzwi, gdzie wpadłam w ręce trójki studentów. Jeden skośnooki, jeden ciemny i jedna dziewczynka w hidżabie. No to kurwa zacznijmy imprezę. Moja ręka krążyła wśród wszystkich obecnych, łzy lały się strumieniami przy mocniejszych naciskach, ale mimo wszystko bawiła mnie cała sytuacja. Lekarz o imieniu Światosław wysłał mnie na rentgen trzy pokoje dalej. Raz dwa, wracam. Potem kolejny rentgen bo coś nie mogą się dopatrzyć co mi jest. W końcu decyzja o gipsie, mimo iż dalej nie wiem jak bardzo się popsułam. Studenty biorą się do roboty, ja śmieszkuję z ich opiekunem prowadzącym czy kimkolwiek był lekarz tłumaczący im po angielsku co mają robić. Było sympatycznie, tylko ciasno mi teraz w palce. Studenty.

Przyjechała po mnie bohaterka wczorajszego dnia – kobieta z pracy. Była tak przejęta moim losem i tak pomocna, że rozpuszczało mi się serduszko. Podsunęła mi pod nos umowę, a ja naskrobałam lewą ręką swoje nazwisko.
Chyba mam pracę.

Porzuciwszy auto, pobiegłam na przystanek i wsiadłam w zatłoczony (studenty!) autobus. Nie ma biletomatu.
- Poproszę normalny.
Cisza. 
Zero reakcji, rusza. 
Podaję odliczone trzy dwadzieścia i mówię już głośniej, wyraźniej.
- Czy mogę prosić normalny?
- A może „dzień dobry” najpierw?
Zrobiło mi się wstyd. Hipokrytka. Wiec, z jak mi się wydawało, najpiękniejszym uśmiechem na jaki mnie stać, przywitałam się.
- Słoneczko, niestety nie mam normalnych, mam same nienormalne. To dam ci takie dwa nienormalne, specjalne dla dziewczynek, różowiutkie, no zobacz. Może tak być?
Mogło. 

No to co, znowu jestem bezużyteczna. 
Szkoda, że to nie lewa.
Czekają mnie trzy tygodnie wyzwań.
I trzy tygodnie bez makijażu.
Akurat na halloween.
Super.

piątek, 9 października 2015

trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć.

Rzuciłam pracę.
Rzuciłam pracę w lodziarni, odebrałam ostatnią wypłatę i zapakowałam się w auto z namiotem, plecakiem i czterema osobami, z którymi w życiu nie spędziłam tak dużo czasu. Bo dwanaście dni to nie jest mało, mimo iż po powrocie wydaje się, że to nic. 

Trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć kilometrów. 

Kopalnie, jaskinie, zamki, ruiny, rynki, zoo.
Kościoły, z których nas wyrzucali. Zakwasy i niewyspanie. Kawy i hotdogi ze stacji. 
Poczucie wolności ale i odpowiedzialności. Bo samochód, bo reszta pasażerów, bo chcę kiedyś pojechać jeszcze raz.
Godziny śmiechu.
Kilka ładnych zachodów słońca. 
Morze.

Ej, wytrzymaliśmy ze sobą. Wytrzymaliśmy tyle czasu, siedząc sobie na głowach, patrząc się na siebie codziennie, jedząc razem, paląc razem, razem przeklinając niemiłych ludzi w niektórych miastach i razem ciesząc się z tanich noclegów. Siedząc razem w jednym aucie po kilka, kilkanaście godzin. Razem przepłacając za jedzenie i razem oglądając głupie filmy. 

Nie chcę tutaj opisywać punktu po punkcie. Nawet opowiadanie na żywo, przy pomocy zdjęć jest jakieś trudne. I czasochłonne. I chaotyczne. Chciałam zapisywać na bieżąco co się działo danego dnia. Serio. 
Nie było czasu. 
Tak naprawdę nie wiem, ile w końcu miast odwiedziliśmy. Nie wiem, ile pieniędzy wydałam. I trochę nie wiem, jak teraz wrócić do normalnego, dorosłego i odpowiedzialnego siedzenia na dupie życia. 

Plecak dalej leży pod szafą, namiot dalej jeździ w samochodzie. Dalej korzystam z kosmetyków przelanych do małych buteleczek. A wstawanie po jedenastej usprawiedliwiam ciągłym odpoczywaniem po tych wakacjach. 


Jest październik, a ja znowu jestem w tym samym punkcie, co rok temu, co dwa lata temu. Zaczynam się czuć głupsza od moich znajomych. Bo oni chociaż udają, że wiedzą, co chcą robić. A ja? 


Próbuję podołać rzuconemu samej sobie na początku roku wyzwaniu - trzysta sześćdziesiąt pięć filmów w dwutysięcznym piętnastym. Nie jestem nawet w połowie. Za to rok jest zdecydowanie za swoją połową. Próbuję uczyć się niemieckiego. Zapominam. Próbuję więcej czytać. Trochę mi wstyd. Próbuję pisać bloga. Bez komentarza. Próbuję schudnąć kolejne piętnaście kilo. Dobij mnie. 


Jadę do Monachium, głównie na koncert. Będę jeść tak samo, jak zwykle. Pić takie samo piwo. Chodzić do tych samych sklepów. Robić zdjęcia tym samym rzeczom. Miejscom. Ludziom. Tym razem bez stresu, że mnie tam zostawią. Bo zdecydowałam, że jeszcze nie czas. A może coś (ktoś?) zdecydowało za mnie. 


I wrócę do Lublina i dalej będę próbować robić kroki w różnych kierunkach. Byle do przodu. I spróbuję znaleźć sobie kolejną pracę. I znowu mi się uda. I znowu odłożę worek pieniędzy żeby znowu gdzieś pojechać. I znowu ktoś mi powie, że to dlatego, że jestem „bogata z domu”. A ja znowu się wkurwię


Zrobię sobie melisę.
Lubię melisę.

piątek, 3 lipca 2015

nie wiem, co się stało.

Czwartek jak każdy inny. Zaspałam, ale niewiele. Niechętnie, nienawidząc pół świata, zwlekłam się z łóżka i, nie otwierając jeszcze oczu, machnełam kawę.
Arbeit macht frei Geld.
Ogarnęłam się, pojechałam, otworzyłam i siadłam. I siedziałam.
Kilka razy wstałam, obsłużyłam, siadłam z powrotem.

Pod zamkiem stawiają scenę na sobotę. Stawiają ją już ponad tydzień. Patrzę sobie, jak chłopaki biegają, wspinają się, walą młotkami, noszą jakieś rury albo się opierdalają.
Spokojny ten czwartek. Za kilka godzin, koło szesnastej, zrobi się po prostu nudno.

Przyszedł jakiś pan. Bardzo sympatyczny. Zrobiłam średniego, pośmialiśmy się, poszedł. Wrócił po dwóch minutach, z jakąś panią. Może też się zdecydowała na loda, bo spróbowała od pana i teraz chcą dokupić jeszcze jednego? A może coś nie tak z pierwszym? Oh proszę, niech chodzi o zakup następnego. 

-Przepraszam. Mam jeszcze takie pytanie... Pani nie ma kasy fiskalnej?
OHO.
-No nie mam.
-To niedobrze.

OHO.
-Tak?
-No bo jak to. Przecież zawsze była.
-Nie wiem, ja tu tylko pracuję. Od niedawna.
-No i co my teraz zrobimy?

OHO. KŁOPOTY.

I macha mi czymś przed oczami, mówiąc, że urząd kontroli skarbowej. A ja już w głowie widzę nowe odcinki Orange is the new Black. Ze mną w roli głównej.
I stoję tak. I patrzę mu w oczy. I nawet głupiej udawać nie musiałam. Bo zgłupiałam na serio.
-Jest gdzieś szef?
-Przed chwilą był.
-Pani zadzwoni.


I dzwonię. I mówię, że przyszli, że pytają. I podaję telefon już nie tak sympatycznemu panu. I gadają. Że kasa zawsze była, że jak tak można, że co z tego że działalność sezonowa, że to też gastronomia, że jak zgłoszone to oni sprawdzą. Żebym dane firmy podała, nazwy, nipy, adresy. Pani, z najbardziej niesympatycznym wyrazem twarzy na świecie, zaczęła te dane spisywać. Przerwała, gdy pan z urzędu wykrzyknął imię mojego szefa.

To ty? To przecież my się znamy! Znam cię no. To ja już wszystko wiem, tak, tak, twoja żona też pracuje, tak, no to ja już wiem, nie muszę sprawdzać, no, to papa, no trzymaj się." I uśmiechnięty rozłączył się, oddał mi telefon.
Bardzo dobre lody! Do widzenia!"
Pani spojrzała mi w oczy z żalem, że mnie nie zakuła w kajdanki.
I poszli.

A ja stałam, zastanawiając się, co tu się właśnie stało.
Wiesz co się stało? 
Dwa złote z konta mi przegadali, pały.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

jak zrobić dobrze sprzedawcy.

Gdy zaczynałam pracę w lodziarni, jedyne czego się naprawdę obawiałam, to kontakt z klientem. Bo ludzie są głupi, marudzą i podnoszą ciśnienie.
Póki co, z uśmiechem i ulgą, mogę powiedzieć, że tych całkiem-w-porządku klientów jest więcej niż tych, którym mam ochotę przykleić loda do czoła.
I o tych lepszych opowiem tym razem. Rozpatrzcie to jako poradnik jak nie być traktującym z góry chujem wobec sprzedawców świata. Oraz jak łatwo jest zrobić komuś dzień.

Zasadniczo wszystko sprowadza się do bardzo małych rzeczy. 
Do głupiego „dzień dobry i głupiego „dziękuję.
Uwielbiam klientów, którzy od tego „dzień dobry” zaczynają. Albo chociaż odpowiadają na moje. Ja już wtedy wiem, że jest ogromna szansa, że wszystko pójdzie przyjemnie i bezkonfliktowo. I mimo iż nasz kontakt trwa około trzydziestu sekund, to te ładne słowa, to kulturalne zachowanie wpłynie na moje samopoczucie, na moje chęci do dalszej pracy oraz, nie oszukujmy się, na sposób w jaki cię obsłużę.
Mam takich stałych klientów. Dwie dziewczynki, śliczna żona z trzecim potomkiem w brzuchu i głowa rodziny wyglądająca, jakby uciekła z pierdla. Kilka razy. Facet mnie przeraża konkretnie. Ale mimo kamiennej twarzy, zawsze „dzień dobry”, zawsze „dziękuję”, zawsze „do widzenia”.
Szanujmy się, no nie?


„Nie zimno pani?”
Tak zaczęła się moja pierwsza rozmowa z klientem. A zimno było mi niesamowicie. Ale wyobraź sobie. Obcy człowiek w jakiś sposób wyraża troskę. No czy to nie jest wspaniałe? Te krótkie rozmowy z przypadkowymi ludźmi to coś, co pomaga przeżyć dwunastogodzinną zmianę. Ponarzekają na pogodę. Zapytają, po co rozstawiana jest scena pod zamkiem. Polecą film. Opowiedzą, gdzie jedli lody za gówniarza. Albo jak było za komuny.

A czasem jeszcze zarobię komplement.
„Zobacz Krysiu, jak pani nam ładnie kręci, tak z sercem! Pani to chyba lubi swoją pracę.” 
„Pani uśmiechu to nie sposób nie odwzajemnić!”
„Przepraszam, że tak się przyglądam, ale bardzo podoba mi się pani makijaż.”
„Jakbym nie była taka stara, to też bym sobie zrobiła takie kolczyki jak pani, bardzo fajnie to wygląda.”

To autentyki, spisywane na bieżąco.

À propos zarabiania. 
Napiwki.
Zdarzyło się może z pięć razy.
Dwa razy - znajomi.
Raz - były nauczyciel z liceum.
Raz - brodaty facet, mężczyzna bardzo. Uszczęśliwiony lodem z polewą księżniczkową. 
I raz - przesympatyczny chłopak, który gdy zwróciłam uwagę, że położył mi za dużo o złotówkę, powiedział, że wie, puścił oczko i poszedł w świat z dwoma średnimi w duńskich.

Głupia złotówka, nie? No bo co sobie można kupić za złotówkę? Ale każda taka odłożona poza kasę moneta krzyczała „ej Dorotka, ktoś cię docenił!”. I ryj mi się cieszył bardziej, niż w momencie wygrzebania dychy z zapomnianych spodni.

Jednak po trzech miesiącach pracy tutaj, mogę śmiało stwierdzić, że całe moje serce należy do wyrozumiałych i cierpliwych klientów. Tych, którzy nie tupią niecierpliwie nogą, nie wzdychają znacząco, nie krzyczą, nie mają pretensji i nie nazywają mnie brzydko, gdy z jakiegoś powodu mi nie idzie. A najczęściej wina leży po stronie maszyny, która czasami ot tak przestaje mrozić.
Kłaniam się nisko wszystkim, którzy swoim zachowaniem nie dokładali mi stresu w sytuacjach, gdy ustawiały się kolejki, a maszyna pokazywała mi środkowy palec.

Może i często się nudzę. Może i się nie rozwijam. Może dalej nie robię nic w kierunku zapewnienia sobie jakiejś przyszłości. 
Ale kurwa. Lubię moją pracę. 
Może i nie daje mi takiej satysfakcji jak kuchnia, bo nie robię nic nadzwyczajnego.
Niczego nowego się nie uczę.
Oprócz zachowania.


Bo tak jak Grande nauczyło mnie zachowania wobec kelnerek, tak lodziarnia nauczyła mnie zachowania wobec sprzedawców i generalnie ludzi po drugiej stronie kasy/lady/okienka.
Czuję się lepszym człowiekiem.
A wdzięczność, jaką odczuwam przy każdej sympatycznej transakcji, robi mi niesamowicie dobrze.
W głowę.
W samopoczucie.

środa, 13 maja 2015

nie będę ściemniać.

Ogarniasz Tindera, nie?

Świetna Śmieszna aplikacja.
Po za pierwotnym przeznaczeniem, jakim jest ułatwienie raczej jednorazowych relacji interpersonalnych, można jej dopisać kilka innych funkcji.

Są ludzie, którzy używają jej do poszukiwań związków czy miłości, niektórzy liczą na znalezienie życiowego partnera. Są ludzie, którzy potrzebują drugiej osoby do mniej lub bardziej ambitnych rozmów. Są ludzie głodni komplementów i ich dowartościowującej siły. Są ludzie, dla których to po prostu garści rozrywki. Bo czasami fajnie zapomnieć o świecie i pooceniać obcych na podstawie ich wyglądu, doboru zdjęć (serio? chcesz się w jakiś sposób sprzedać w internecie i pokazujesz się z najgorszej możliwej strony, pod najgorszym kątem, przy najgorszym oświetleniu z najgorszą miną? czy ktoś w życiu cię bierze na poważnie?) czy zastanawiających opisów (o tym mogłabym bez końca, łał ludzie. łał). A jak wspaniale się robi, jak znajdzie się kompan do tych uciech, najlepiej o podobnym guście i/lub poczuciu humoru. Zabawa na sto dwa, polecam serdecznie. 

Nie będę ściemniać, że nie wiem, dlaczego mam tam profil. Dobrze wiem.
Ale nigdy bym nie pomyślała, że aplikacja do „randkowania” posadzi mnie na dupie i każe przemyśleć moje życiowo-karierowe wybory i marzenia.
(O ironio, pierwowzór notki pisałam w starym zeszycie z mojego kursu gastronomicznego)

A to było tak.
Całkiem często padały mi dopasowania. Czasami z powodu moich obniżonych alkoholem standardów. Czasami to nie twarz czy ciało decydowały o lajkach (kotki! motór!). No nie ważne. Dopasowania były, gorzej z rozmowami. Jeśli już się pojawiały to albo gość dokładnie wiedział, czego chce i przedstawiał to w mniej lub bardziej wulgarny sposób albo był erasmusem wyciągającym mnie do klubu lub swojego kraju. Reszta to mniej lub bardziej nieudolne rozmowy, prowadzące do tak zwanego chuj wie czego albo do tych mniej lub bardziej wulgarnych ofert.

Ludzie z którymi luźno rozmawiałam czasami pytali co robię i czy studiuję. Zazwyczaj ściemniałam, że pracuję na kuchni (kilka miesięcy temu to jeszcze była prawda), żeby nie tłumaczyć moich zawodowych zawirowań, bo kogo one obchodzą

Pewnego pięknego dnia napisał do mnie ktoś nowy. Imienia nie pamiętam, wieku, opisu i twarzy też nie. Nie pytał o studia, pracę i zainteresowania. Na dzień dobry strzelił mi pytaniem w czym jestem najlepsza. Albo naprawdę, naprawdę dobra. Banalne pytanie, prawda?
Otóż, kurwa, nie. Rozmowa akurat była dość niewinna, więc temat seksu mi w ogóle nie przyszedł na myśl. Zresztą. Jestem przecież grzeczna i niewinna, nie zapominajmy. 
Gościu nie był usatysfakcjonowany, gdy mówiłam mu co mi w miarę wychodzi, w czym jestem raczej dobra. 
Nie. 
Najlepsza
O to pytał.
Czułam się zakłopotana. Już nie przed nim, a przed samą sobą. No weź Dorotka, coś musi być. Coś co lubisz robić, coś co ci wychodzi, coś w czym jesteś dobra i wiesz to nie tylko ty. Podobnie się czułam wpisując „zainteresowania” w CV. Czy ja naprawdę nie mam hobby? Czy ja naprawdę ssę w każdej kategorii?
Bliska płaczu nad swoim marnym losem znalazłam jedną rzecz, która wychodzi mi tak świetnie, jak pizza. 
Przecież ja świetnie ogarniam organizację wyjazdów (i domówek!). Przecież ja miałam iść w turystykę, miałam być pilotem wycieczek.
Odetchnęłam.

I zaczęłam się nad tym zastanawiać. Znalazłam kursy. 
Teraz tylko muszę zarobić worek pieniędzy. 
Kto wie.
Może poszerzę horyzonty?

niedziela, 3 maja 2015

to nie to samo.

Od najmłodszych lat w domu, czy chciałam, czy też nie, słuchałam bardziej gitarowych brzmień. Bardzo różnorodnych, ze skrajności w skrajność. Mimo to, sama i świadomie, zaczęłam się wkręcać w te klimaty dopiero w okolicy gimbazy. Za niektóre moje muzyczne miłości jest mi teraz wstyd, niektórych rzeczy słucham do tej pory. 

Jednym z zespołów, które darzyłam uczuciem (ale dalej nie wiem, czy wstyd czy nie, a włączyć mi się zdarza do tej pory) była Pidżama Porno. Chorera, jak ja się jarałam. W prawdzie przygodę z Grabażem zaczęłam od Strachów, ale Pidżama była jakaś taka bliższa sercu. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że zakochiwałam się w piosenkach chwilę po tym (okej, kilka lat no. ale niewiele!), jak zespół zawiesił swoją działalność. Smutna była świadomość, że średnie są szanse, że kiedyś umrę ze zmęczenia i/lub szczęścia pod sceną na ich koncercie. Nadrabiałam koncertami Strachów. No ale to nie to samo.  

A tu nagle, jakiś czas temu jebut. Wracają. 

Nie pamiętam, jakie uczucia się we mnie budziły, gdy się dowiedziałam. No ale jakąś wielką euforię bym zapamiętała. A nie pamiętam. Trochę fajnie. A trochę obojętnie mi już było. Wiem na pewno, że jechać specjalnie na drugi koniec Polski na koncert stanowczo mi się nie chciało. Jakoś niedawno zagrali w Lublinie, ale za okropne pieniądze. Brzmiało to już trochę lepiej, ale ostatecznie nie znalazłam funduszy. Ani towarzystwa. Trudno. 

A teraz następuje zwrot akcji.
Bo zagrali znowu. 
Za darmo. 
Bo juwenalia medykalia. 
I tym razem się już wybrałam. 

Wybrałam się tylko po to, żeby spełnić marzenie szesnastoletniej mnie. Szesnastoletnia ja cieszy się teraz, że się udało. Że marzenia się spełniają. Że usłyszała kilka piosenek, które lubiła. Że odhaczone. 

Dwudziestojednoletnia ja jest trochę rozczarowana.
Może to przez to, że to pięć lat zrobiło swoje. Może wyrosłam, może pozmieniali mi się idole, może poszerzyłam muzyczne horyzonty na tyle, że to już nie jest jedna z lepszych rzeczy jakie znam. Może dlatego, że Grabaż jest w wieku mojego ojca, broda mu posiwiała i sprawiał wrażenie po prostu zmęczonego. Może to mój pms. A może to po prostu te całe juwenalia

Jeszcze kilka lat temu juwenalia były trochę imprezą życia. Poznałam tam ludzi, którzy mieli na mnie później jakiś wpływ, dzięki którym poznałam innych ludzi, dzięki którym co przeżyłam, to moje. I miałam mniej pewności siebie, ale dużo więcej energii. Koncerty spędzałam pod sceną, w tłumie. Teraz nie widzę siebie nigdzie indziej, jak z tyłu czy na uboczu. Nawet mordę czasem drę. Ale nie skaczę i moim zębom nie grożą łokcie czy glany. Ah, i jeszcze ta adrenalina! Bo przecież gówniarz na studenckiej imprezie. Bo przecież alkohol i papierosy i poranne powroty do domu
Może to o ten alkohol chodzi?
Bo dziś wystałam te dwie godziny totalnie na trzeźwo. 
Bo kierowca bombowca
Stałam i wspominałam poprzednie edycje.
A może to to, że nie jestem studentką?

Hipokryta ze mnie wyłazi na tych imprezach, bo z pogardą patrzę na młodszych od siebie, leżących pod krzakami. Inna sprawa, że nigdy tak nie kończyłam koncertów. Ale pijaniutka byłam chyba na wszystkich. Ale jakoś ta pogarda wylewa się ze mnie nie tylko w stosunku do tych nielegalnych imprezowiczów. Ten cały pijany tłum mnie po prostu wkurwia

A przecież sama czasem drę mordę i wpadam na ludzi i gubię rzeczy i znajomych. 
Inna sprawa, że nie potrzebuję do tego alkoholu. 

Czy ja się nie umiem bawić?
Co się ze mną stało?

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

robię lody.

Całą środę przesiedziałam nad telefonem.
Siedziałam i wpatrywałam się w niego, próbowałam zaklinać, próbowałam przyciągać to połączenie, na które tak czekałam. Nic się nie liczyło, nic się wokół mnie nie działo. Istniał tylko telefon. Każdy jeden sygnał, każda jedna wibracja sprawiały, że wybudzałam się z tego letargu. Ale za każdym razem były to powiadomienia o rzeczach niewartych uwagi.

Złamali mi serce.

Najsmutniejsza na świecie poszłam na piwo. I nawet drugie i trzecie nie poprawiły mi humoru.

A następnego dnia telefon.
Że się im przesunęło o dzień.
Że mnie chcą.
Że mam przyjść w piątek.
Że jednak będę lodziarą.

I odwołałam rozmowę w hotelowym barze. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Nigdy się nie dowiem. Ale poczułam, że trzeba spróbować czegoś nowego. A sprzedawcą nigdy nie byłam. Z tym ryjem? 
A jednak

W piątek, spóźniona cztery minuty, wpadłam do biura. Poznałam pierwszą zmienniczkę, dostałam jeszcze garść informacji jak mam działać ze względu na brak kasy fiskalnej, wzięłam pudło małych wafelków i poszłam ogarniać lodziarnię. Przede wszystkim miałyśmy złożyć maszynę. Ale bez instrukcji oraz z niewielką wiedzą dziewczyny, która pracowała rok temu, okazało się to niemożliwe.
Następnego dnia, z pomocą szefa, uruchomiłyśmy ją. 
A ja sprzedałam sto dwadzieścia lodów.

I póki co, był to mój najlepszy wynik. Bo w ciągu ostatniego tygodnia więcej miałam wolnego, niż dni roboczych. 
Bo zimno. 
Bo pochmurno. 
Bo Cyklon Stefan

Smutno mi trochę, bo hajs się nie zgadza i jeszcze przez chwilę zgadzać się nie będzie. Czekam na słońce. Smutno też, że o wolnym dniu dowiaduję się w jego trakcie. Więc żadne imprezy do porannych godzin nie wchodzą w grę. A potem pluję sobie w brodę, że no przecież mogłam. Bo wolne. Znowu.

Ale robi się fajnie. Siedzę sobie, oglądam ludzi (w Lublinie są strasznie brzydcy ludzie!). Czasem ktoś ze znajomych wpadnie. Czasem jakiś klient pogada i się pośmieje. Sprzedałam jednego loda po angielsku. Raz nakarmiłam jakąś grupę jedenastu dzieciaków. Raz dwóch włochów. Raz Claya z SoA (no jak żywy na hondzie przyjechał!). I ręce mi się już nie trzęsą, jak podaję loda. I przyzwyczaiłam się do wszelkich żartów na temat mojej pracy. 
I mam nadzieję, że nie znienawidzę jej, gdy zaczną się upały.

Także tak. 
Nie poszłam na studia.
Robię lody
Kto by się spodziewał?
Nie odpowiadajcie.

wtorek, 7 kwietnia 2015

mają dzwonić.

Obudził mnie telefon.
„Dzień dobry! Pani wysyłała do nas swoje siwi (...)”
Siląc się na jak najmniej zaspany (zapity?) głos, umówiłam się na rozmowę. Z ledwo otwartymi oczami wyskoczyłam z łóżka (czego zaraz pożałowałam, bo zakwasy. oh, łikendzie), zapisałam adres i godzinę i włączyłam komputer.
Kupiłam trzy szminki przez internet.
Kim ja się stałam?

Ogarnęłam się.
Zdecydowałam się nie brać samochodu, bo strefa płatnego parkowania, a ja nigdy jeszcze nie używałam parkomatu. I jestem bezrobotna
Więc biedna.

Wsiadłam w autobus. Dojechałam równo na czternastą, znalazłam biuro, wspięłam się na drugie piętro i zasapana zaczęłam walczyć z klamką. Taką gałką, którą trzeba mocno przekręcić, nie umiem ich używać. Trochę poirytowana i spanikowana zaczęłam dzwonić
i się dobijać. Świetne pierwsze wrażenie, nie ma co. 
Otworzyli mi. Doczłapałam do biurka i zaczęłam rozmawiać. A właściwie słuchać. 
W ciągu dziesięciu minut okazało się, że praca-marzenie, że spoko stawka, że spoko warunki, że może być fajnie i że ja bym chciała już teraz.
Mają dzwonić.
A jak zadzwonią, to mają szkolić, już w czwartek. 
A jak zadzwonią i przeszkolą, to już w piątek zrobię mojego pierwszego loda
Włoskiego.

Wróciłam do domu, zdrzemnęłam się.
Obudził mnie telefon.
„Dzień dobry! Pani wysyłała do nas swoje siwi (...)”
No serio?!
I znowu wyskoczyłam z łóżka (ała!), zapisałam adres i godzinę.
Tyle czasu cisza, a jak coś się dzieje, to na raz. 
W głowie widzę już wszystko, co sobie kupię za pierwszą wypłatę z jednej lub drugiej pracy. A może z obu?
Proszę trzymać za mnie kciuki.

PS: Blożek kończy dziś rok. Dziękuję za każde jedno wyświetlenie i za każde jedno miłe słowo. A przede wszystkim za każde jedno kiedy nowa notka?". Bo to nakręcało.
Idę w tango, nasze zdrowie!

środa, 1 kwietnia 2015

kochanie, wróciłam.

Jestem chujem.

Przyczyniam się do powolnej i bolesnej śmierci jednej z rzeczy, która dawała mi radość od samego początku. I to podwójną, bo blożek dostarczał rozrywki też kilku innym osobom. A sprawianie, że ludzie się cieszą i/lub śmieją, to to, co lubię robić. Może powinnam zostać klaunem?

Ale póki co, jestem chujem.

Chciałabym móc powiedzieć, że po prostu nie miałam o czym pisać. Ale to nieprawda.
 Po pierwsze - przecież ja zawsze mam coś do powiedzenia. Morda mi się nie zamyka.
Po drugie - zmarnowałam tyle okazji. W prawdzie tylko dwie rzeczy były ściśle związane z moją „karierą”. Ale ciekawych rzeczy było na garści. 

Miałam tak dużo do powiedzenia na temat zeszłego roku. Bardzo dużo. Bardzo dużo dobrego. Ale minęły trzy miesiące, nikogo już nie obchodzi rok 2014.

Nikogo nie obchodzi też styczeń, mile powitany Nowy Rok, wypad do Madrytu i rzeczy, których się przy okazji nauczyłam.
Nikogo nie obchodzi luty, szybkie Monachium i moje oczko.
Nikogo nie obchodzi marzec, spontaniczne Wilno i wkurwiające reakcje znajomych na moje wycieczki.

Mamy kwiecień. Dwa tysiące piętnaście.
Prawie rok temu zaczęłam tę zabawę. 
Chyba czas tu wrócić.