poniedziałek, 20 kwietnia 2015

robię lody.

Całą środę przesiedziałam nad telefonem.
Siedziałam i wpatrywałam się w niego, próbowałam zaklinać, próbowałam przyciągać to połączenie, na które tak czekałam. Nic się nie liczyło, nic się wokół mnie nie działo. Istniał tylko telefon. Każdy jeden sygnał, każda jedna wibracja sprawiały, że wybudzałam się z tego letargu. Ale za każdym razem były to powiadomienia o rzeczach niewartych uwagi.

Złamali mi serce.

Najsmutniejsza na świecie poszłam na piwo. I nawet drugie i trzecie nie poprawiły mi humoru.

A następnego dnia telefon.
Że się im przesunęło o dzień.
Że mnie chcą.
Że mam przyjść w piątek.
Że jednak będę lodziarą.

I odwołałam rozmowę w hotelowym barze. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Nigdy się nie dowiem. Ale poczułam, że trzeba spróbować czegoś nowego. A sprzedawcą nigdy nie byłam. Z tym ryjem? 
A jednak

W piątek, spóźniona cztery minuty, wpadłam do biura. Poznałam pierwszą zmienniczkę, dostałam jeszcze garść informacji jak mam działać ze względu na brak kasy fiskalnej, wzięłam pudło małych wafelków i poszłam ogarniać lodziarnię. Przede wszystkim miałyśmy złożyć maszynę. Ale bez instrukcji oraz z niewielką wiedzą dziewczyny, która pracowała rok temu, okazało się to niemożliwe.
Następnego dnia, z pomocą szefa, uruchomiłyśmy ją. 
A ja sprzedałam sto dwadzieścia lodów.

I póki co, był to mój najlepszy wynik. Bo w ciągu ostatniego tygodnia więcej miałam wolnego, niż dni roboczych. 
Bo zimno. 
Bo pochmurno. 
Bo Cyklon Stefan

Smutno mi trochę, bo hajs się nie zgadza i jeszcze przez chwilę zgadzać się nie będzie. Czekam na słońce. Smutno też, że o wolnym dniu dowiaduję się w jego trakcie. Więc żadne imprezy do porannych godzin nie wchodzą w grę. A potem pluję sobie w brodę, że no przecież mogłam. Bo wolne. Znowu.

Ale robi się fajnie. Siedzę sobie, oglądam ludzi (w Lublinie są strasznie brzydcy ludzie!). Czasem ktoś ze znajomych wpadnie. Czasem jakiś klient pogada i się pośmieje. Sprzedałam jednego loda po angielsku. Raz nakarmiłam jakąś grupę jedenastu dzieciaków. Raz dwóch włochów. Raz Claya z SoA (no jak żywy na hondzie przyjechał!). I ręce mi się już nie trzęsą, jak podaję loda. I przyzwyczaiłam się do wszelkich żartów na temat mojej pracy. 
I mam nadzieję, że nie znienawidzę jej, gdy zaczną się upały.

Także tak. 
Nie poszłam na studia.
Robię lody
Kto by się spodziewał?
Nie odpowiadajcie.

wtorek, 7 kwietnia 2015

mają dzwonić.

Obudził mnie telefon.
„Dzień dobry! Pani wysyłała do nas swoje siwi (...)”
Siląc się na jak najmniej zaspany (zapity?) głos, umówiłam się na rozmowę. Z ledwo otwartymi oczami wyskoczyłam z łóżka (czego zaraz pożałowałam, bo zakwasy. oh, łikendzie), zapisałam adres i godzinę i włączyłam komputer.
Kupiłam trzy szminki przez internet.
Kim ja się stałam?

Ogarnęłam się.
Zdecydowałam się nie brać samochodu, bo strefa płatnego parkowania, a ja nigdy jeszcze nie używałam parkomatu. I jestem bezrobotna
Więc biedna.

Wsiadłam w autobus. Dojechałam równo na czternastą, znalazłam biuro, wspięłam się na drugie piętro i zasapana zaczęłam walczyć z klamką. Taką gałką, którą trzeba mocno przekręcić, nie umiem ich używać. Trochę poirytowana i spanikowana zaczęłam dzwonić
i się dobijać. Świetne pierwsze wrażenie, nie ma co. 
Otworzyli mi. Doczłapałam do biurka i zaczęłam rozmawiać. A właściwie słuchać. 
W ciągu dziesięciu minut okazało się, że praca-marzenie, że spoko stawka, że spoko warunki, że może być fajnie i że ja bym chciała już teraz.
Mają dzwonić.
A jak zadzwonią, to mają szkolić, już w czwartek. 
A jak zadzwonią i przeszkolą, to już w piątek zrobię mojego pierwszego loda
Włoskiego.

Wróciłam do domu, zdrzemnęłam się.
Obudził mnie telefon.
„Dzień dobry! Pani wysyłała do nas swoje siwi (...)”
No serio?!
I znowu wyskoczyłam z łóżka (ała!), zapisałam adres i godzinę.
Tyle czasu cisza, a jak coś się dzieje, to na raz. 
W głowie widzę już wszystko, co sobie kupię za pierwszą wypłatę z jednej lub drugiej pracy. A może z obu?
Proszę trzymać za mnie kciuki.

PS: Blożek kończy dziś rok. Dziękuję za każde jedno wyświetlenie i za każde jedno miłe słowo. A przede wszystkim za każde jedno kiedy nowa notka?". Bo to nakręcało.
Idę w tango, nasze zdrowie!

środa, 1 kwietnia 2015

kochanie, wróciłam.

Jestem chujem.

Przyczyniam się do powolnej i bolesnej śmierci jednej z rzeczy, która dawała mi radość od samego początku. I to podwójną, bo blożek dostarczał rozrywki też kilku innym osobom. A sprawianie, że ludzie się cieszą i/lub śmieją, to to, co lubię robić. Może powinnam zostać klaunem?

Ale póki co, jestem chujem.

Chciałabym móc powiedzieć, że po prostu nie miałam o czym pisać. Ale to nieprawda.
 Po pierwsze - przecież ja zawsze mam coś do powiedzenia. Morda mi się nie zamyka.
Po drugie - zmarnowałam tyle okazji. W prawdzie tylko dwie rzeczy były ściśle związane z moją „karierą”. Ale ciekawych rzeczy było na garści. 

Miałam tak dużo do powiedzenia na temat zeszłego roku. Bardzo dużo. Bardzo dużo dobrego. Ale minęły trzy miesiące, nikogo już nie obchodzi rok 2014.

Nikogo nie obchodzi też styczeń, mile powitany Nowy Rok, wypad do Madrytu i rzeczy, których się przy okazji nauczyłam.
Nikogo nie obchodzi luty, szybkie Monachium i moje oczko.
Nikogo nie obchodzi marzec, spontaniczne Wilno i wkurwiające reakcje znajomych na moje wycieczki.

Mamy kwiecień. Dwa tysiące piętnaście.
Prawie rok temu zaczęłam tę zabawę. 
Chyba czas tu wrócić.