środa, 13 maja 2015

nie będę ściemniać.

Ogarniasz Tindera, nie?

Świetna Śmieszna aplikacja.
Po za pierwotnym przeznaczeniem, jakim jest ułatwienie raczej jednorazowych relacji interpersonalnych, można jej dopisać kilka innych funkcji.

Są ludzie, którzy używają jej do poszukiwań związków czy miłości, niektórzy liczą na znalezienie życiowego partnera. Są ludzie, którzy potrzebują drugiej osoby do mniej lub bardziej ambitnych rozmów. Są ludzie głodni komplementów i ich dowartościowującej siły. Są ludzie, dla których to po prostu garści rozrywki. Bo czasami fajnie zapomnieć o świecie i pooceniać obcych na podstawie ich wyglądu, doboru zdjęć (serio? chcesz się w jakiś sposób sprzedać w internecie i pokazujesz się z najgorszej możliwej strony, pod najgorszym kątem, przy najgorszym oświetleniu z najgorszą miną? czy ktoś w życiu cię bierze na poważnie?) czy zastanawiających opisów (o tym mogłabym bez końca, łał ludzie. łał). A jak wspaniale się robi, jak znajdzie się kompan do tych uciech, najlepiej o podobnym guście i/lub poczuciu humoru. Zabawa na sto dwa, polecam serdecznie. 

Nie będę ściemniać, że nie wiem, dlaczego mam tam profil. Dobrze wiem.
Ale nigdy bym nie pomyślała, że aplikacja do „randkowania” posadzi mnie na dupie i każe przemyśleć moje życiowo-karierowe wybory i marzenia.
(O ironio, pierwowzór notki pisałam w starym zeszycie z mojego kursu gastronomicznego)

A to było tak.
Całkiem często padały mi dopasowania. Czasami z powodu moich obniżonych alkoholem standardów. Czasami to nie twarz czy ciało decydowały o lajkach (kotki! motór!). No nie ważne. Dopasowania były, gorzej z rozmowami. Jeśli już się pojawiały to albo gość dokładnie wiedział, czego chce i przedstawiał to w mniej lub bardziej wulgarny sposób albo był erasmusem wyciągającym mnie do klubu lub swojego kraju. Reszta to mniej lub bardziej nieudolne rozmowy, prowadzące do tak zwanego chuj wie czego albo do tych mniej lub bardziej wulgarnych ofert.

Ludzie z którymi luźno rozmawiałam czasami pytali co robię i czy studiuję. Zazwyczaj ściemniałam, że pracuję na kuchni (kilka miesięcy temu to jeszcze była prawda), żeby nie tłumaczyć moich zawodowych zawirowań, bo kogo one obchodzą

Pewnego pięknego dnia napisał do mnie ktoś nowy. Imienia nie pamiętam, wieku, opisu i twarzy też nie. Nie pytał o studia, pracę i zainteresowania. Na dzień dobry strzelił mi pytaniem w czym jestem najlepsza. Albo naprawdę, naprawdę dobra. Banalne pytanie, prawda?
Otóż, kurwa, nie. Rozmowa akurat była dość niewinna, więc temat seksu mi w ogóle nie przyszedł na myśl. Zresztą. Jestem przecież grzeczna i niewinna, nie zapominajmy. 
Gościu nie był usatysfakcjonowany, gdy mówiłam mu co mi w miarę wychodzi, w czym jestem raczej dobra. 
Nie. 
Najlepsza
O to pytał.
Czułam się zakłopotana. Już nie przed nim, a przed samą sobą. No weź Dorotka, coś musi być. Coś co lubisz robić, coś co ci wychodzi, coś w czym jesteś dobra i wiesz to nie tylko ty. Podobnie się czułam wpisując „zainteresowania” w CV. Czy ja naprawdę nie mam hobby? Czy ja naprawdę ssę w każdej kategorii?
Bliska płaczu nad swoim marnym losem znalazłam jedną rzecz, która wychodzi mi tak świetnie, jak pizza. 
Przecież ja świetnie ogarniam organizację wyjazdów (i domówek!). Przecież ja miałam iść w turystykę, miałam być pilotem wycieczek.
Odetchnęłam.

I zaczęłam się nad tym zastanawiać. Znalazłam kursy. 
Teraz tylko muszę zarobić worek pieniędzy. 
Kto wie.
Może poszerzę horyzonty?

niedziela, 3 maja 2015

to nie to samo.

Od najmłodszych lat w domu, czy chciałam, czy też nie, słuchałam bardziej gitarowych brzmień. Bardzo różnorodnych, ze skrajności w skrajność. Mimo to, sama i świadomie, zaczęłam się wkręcać w te klimaty dopiero w okolicy gimbazy. Za niektóre moje muzyczne miłości jest mi teraz wstyd, niektórych rzeczy słucham do tej pory. 

Jednym z zespołów, które darzyłam uczuciem (ale dalej nie wiem, czy wstyd czy nie, a włączyć mi się zdarza do tej pory) była Pidżama Porno. Chorera, jak ja się jarałam. W prawdzie przygodę z Grabażem zaczęłam od Strachów, ale Pidżama była jakaś taka bliższa sercu. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że zakochiwałam się w piosenkach chwilę po tym (okej, kilka lat no. ale niewiele!), jak zespół zawiesił swoją działalność. Smutna była świadomość, że średnie są szanse, że kiedyś umrę ze zmęczenia i/lub szczęścia pod sceną na ich koncercie. Nadrabiałam koncertami Strachów. No ale to nie to samo.  

A tu nagle, jakiś czas temu jebut. Wracają. 

Nie pamiętam, jakie uczucia się we mnie budziły, gdy się dowiedziałam. No ale jakąś wielką euforię bym zapamiętała. A nie pamiętam. Trochę fajnie. A trochę obojętnie mi już było. Wiem na pewno, że jechać specjalnie na drugi koniec Polski na koncert stanowczo mi się nie chciało. Jakoś niedawno zagrali w Lublinie, ale za okropne pieniądze. Brzmiało to już trochę lepiej, ale ostatecznie nie znalazłam funduszy. Ani towarzystwa. Trudno. 

A teraz następuje zwrot akcji.
Bo zagrali znowu. 
Za darmo. 
Bo juwenalia medykalia. 
I tym razem się już wybrałam. 

Wybrałam się tylko po to, żeby spełnić marzenie szesnastoletniej mnie. Szesnastoletnia ja cieszy się teraz, że się udało. Że marzenia się spełniają. Że usłyszała kilka piosenek, które lubiła. Że odhaczone. 

Dwudziestojednoletnia ja jest trochę rozczarowana.
Może to przez to, że to pięć lat zrobiło swoje. Może wyrosłam, może pozmieniali mi się idole, może poszerzyłam muzyczne horyzonty na tyle, że to już nie jest jedna z lepszych rzeczy jakie znam. Może dlatego, że Grabaż jest w wieku mojego ojca, broda mu posiwiała i sprawiał wrażenie po prostu zmęczonego. Może to mój pms. A może to po prostu te całe juwenalia

Jeszcze kilka lat temu juwenalia były trochę imprezą życia. Poznałam tam ludzi, którzy mieli na mnie później jakiś wpływ, dzięki którym poznałam innych ludzi, dzięki którym co przeżyłam, to moje. I miałam mniej pewności siebie, ale dużo więcej energii. Koncerty spędzałam pod sceną, w tłumie. Teraz nie widzę siebie nigdzie indziej, jak z tyłu czy na uboczu. Nawet mordę czasem drę. Ale nie skaczę i moim zębom nie grożą łokcie czy glany. Ah, i jeszcze ta adrenalina! Bo przecież gówniarz na studenckiej imprezie. Bo przecież alkohol i papierosy i poranne powroty do domu
Może to o ten alkohol chodzi?
Bo dziś wystałam te dwie godziny totalnie na trzeźwo. 
Bo kierowca bombowca
Stałam i wspominałam poprzednie edycje.
A może to to, że nie jestem studentką?

Hipokryta ze mnie wyłazi na tych imprezach, bo z pogardą patrzę na młodszych od siebie, leżących pod krzakami. Inna sprawa, że nigdy tak nie kończyłam koncertów. Ale pijaniutka byłam chyba na wszystkich. Ale jakoś ta pogarda wylewa się ze mnie nie tylko w stosunku do tych nielegalnych imprezowiczów. Ten cały pijany tłum mnie po prostu wkurwia

A przecież sama czasem drę mordę i wpadam na ludzi i gubię rzeczy i znajomych. 
Inna sprawa, że nie potrzebuję do tego alkoholu. 

Czy ja się nie umiem bawić?
Co się ze mną stało?