piątek, 3 lipca 2015

nie wiem, co się stało.

Czwartek jak każdy inny. Zaspałam, ale niewiele. Niechętnie, nienawidząc pół świata, zwlekłam się z łóżka i, nie otwierając jeszcze oczu, machnełam kawę.
Arbeit macht frei Geld.
Ogarnęłam się, pojechałam, otworzyłam i siadłam. I siedziałam.
Kilka razy wstałam, obsłużyłam, siadłam z powrotem.

Pod zamkiem stawiają scenę na sobotę. Stawiają ją już ponad tydzień. Patrzę sobie, jak chłopaki biegają, wspinają się, walą młotkami, noszą jakieś rury albo się opierdalają.
Spokojny ten czwartek. Za kilka godzin, koło szesnastej, zrobi się po prostu nudno.

Przyszedł jakiś pan. Bardzo sympatyczny. Zrobiłam średniego, pośmialiśmy się, poszedł. Wrócił po dwóch minutach, z jakąś panią. Może też się zdecydowała na loda, bo spróbowała od pana i teraz chcą dokupić jeszcze jednego? A może coś nie tak z pierwszym? Oh proszę, niech chodzi o zakup następnego. 

-Przepraszam. Mam jeszcze takie pytanie... Pani nie ma kasy fiskalnej?
OHO.
-No nie mam.
-To niedobrze.

OHO.
-Tak?
-No bo jak to. Przecież zawsze była.
-Nie wiem, ja tu tylko pracuję. Od niedawna.
-No i co my teraz zrobimy?

OHO. KŁOPOTY.

I macha mi czymś przed oczami, mówiąc, że urząd kontroli skarbowej. A ja już w głowie widzę nowe odcinki Orange is the new Black. Ze mną w roli głównej.
I stoję tak. I patrzę mu w oczy. I nawet głupiej udawać nie musiałam. Bo zgłupiałam na serio.
-Jest gdzieś szef?
-Przed chwilą był.
-Pani zadzwoni.


I dzwonię. I mówię, że przyszli, że pytają. I podaję telefon już nie tak sympatycznemu panu. I gadają. Że kasa zawsze była, że jak tak można, że co z tego że działalność sezonowa, że to też gastronomia, że jak zgłoszone to oni sprawdzą. Żebym dane firmy podała, nazwy, nipy, adresy. Pani, z najbardziej niesympatycznym wyrazem twarzy na świecie, zaczęła te dane spisywać. Przerwała, gdy pan z urzędu wykrzyknął imię mojego szefa.

To ty? To przecież my się znamy! Znam cię no. To ja już wszystko wiem, tak, tak, twoja żona też pracuje, tak, no to ja już wiem, nie muszę sprawdzać, no, to papa, no trzymaj się." I uśmiechnięty rozłączył się, oddał mi telefon.
Bardzo dobre lody! Do widzenia!"
Pani spojrzała mi w oczy z żalem, że mnie nie zakuła w kajdanki.
I poszli.

A ja stałam, zastanawiając się, co tu się właśnie stało.
Wiesz co się stało? 
Dwa złote z konta mi przegadali, pały.

5 komentarzy:

  1. a szkoda! odwiedzalabym cie w wiezieniu :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczęście w nieszczęściu?

    OdpowiedzUsuń
  3. wejdź na http://study4u.eu/ i znajdź idealną dla siebie uczelnię , ja korzystałem z tej strony i dzięki niej znalazłem wymarzoną uczelnię ! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. takiej puenty się nie spodziewałam :D

    OdpowiedzUsuń