czwartek, 22 października 2015

dziesięć minut.

Co raz trudniej mi się wstaje. Bo z budzeniem się nie mam najmniejszego problemu. Tylko weź podnieś dupę zamiast próbować spać dalej. Tym bardziej, że nie masz nic do roboty. Albo przynajmniej tak się wydaje.

Niedzielną noc spędziłam rozsyłając cv, z każdą następną minutą patrząc co raz mniej krytycznie na ogłoszenia. Co z tego, że nie mam doświadczenia, nie jestem studentką i w sumie to nie chce być kelnerką. Może kliknięcie wyślij spowoduje taki łańcuch reakcji, że wreszcie zostanę milionerką. W filmach tak się dzieje.

W poniedziałek odebrałam cztery telefony z zaproszeniami na rozmowy. Pierwsza jeszcze tego samego dnia. Pojechałam do centrum handlowego i znalazłam wysepkę z biżuterią. Popatrzyłam na świecący towar, popatrzyłam na szklane gabloty i mocne oświetlenie, popatrzyłam na wątpliwych rozmiarów metraż i popatrzyłam na kilkanaście sztuk konkurencji na miejsce sprzedawcy. O losie, odechciało mi się.
- Dzień dobry, ja na rozmowę o pracę.
- Szefostwo jeszcze nie dojechało, proszę poczekać.
I czekałam. Wszystkie czekałyśmy. Jak się okazało, niektóre czekały już ponad godzinę. Więc poczekałam na tych szanujących ludzi pracodawców trzydzieści dwie minuty i życząc reszcie powodzenia, wróciłam do domu. To by było na tyle. Fajnie.

Następnego dnia zaliczyłam jedną udaną rozmowę. Wróciłam do domu żeby za chwilę pojechać na następną. Po godzinie kręcenia się w centrum i porażce w kwestii parkowania (studenty), zrezygnowałam. Bo trochę wstyd spóźniać się pięćdziesiąt minut, trochę strzał w kolano. Na następną nie poszłam, bo pojebały mi się godziny.
No świetna jestem w te rozmowy.
Brawo ja.

Wczoraj wróciłam w pierwsze miejsce. Pokazano nam lokal i wzięliśmy się za sprzątanie, oglądanie i organizację. Cóż, ja nie zdążyłam się rozpędzić. Mój pobyt trwał tam około dziesięciu minut, w ciągu których zdążyłam się potknąć, upaść i skręcić nadgarstek. Resztę dnia spędziłam na oddziale ratunkowym cicho pochlipując, bardziej z powodu własnej ułomności niż z bólu. A może i z bólu.

Po ponad dwóch godzinach czekania na moją kolej, weszłam za wiecznie zamknięte drzwi, gdzie wpadłam w ręce trójki studentów. Jeden skośnooki, jeden ciemny i jedna dziewczynka w hidżabie. No to kurwa zacznijmy imprezę. Moja ręka krążyła wśród wszystkich obecnych, łzy lały się strumieniami przy mocniejszych naciskach, ale mimo wszystko bawiła mnie cała sytuacja. Lekarz o imieniu Światosław wysłał mnie na rentgen trzy pokoje dalej. Raz dwa, wracam. Potem kolejny rentgen bo coś nie mogą się dopatrzyć co mi jest. W końcu decyzja o gipsie, mimo iż dalej nie wiem jak bardzo się popsułam. Studenty biorą się do roboty, ja śmieszkuję z ich opiekunem prowadzącym czy kimkolwiek był lekarz tłumaczący im po angielsku co mają robić. Było sympatycznie, tylko ciasno mi teraz w palce. Studenty.

Przyjechała po mnie bohaterka wczorajszego dnia – kobieta z pracy. Była tak przejęta moim losem i tak pomocna, że rozpuszczało mi się serduszko. Podsunęła mi pod nos umowę, a ja naskrobałam lewą ręką swoje nazwisko.
Chyba mam pracę.

Porzuciwszy auto, pobiegłam na przystanek i wsiadłam w zatłoczony (studenty!) autobus. Nie ma biletomatu.
- Poproszę normalny.
Cisza. 
Zero reakcji, rusza. 
Podaję odliczone trzy dwadzieścia i mówię już głośniej, wyraźniej.
- Czy mogę prosić normalny?
- A może „dzień dobry” najpierw?
Zrobiło mi się wstyd. Hipokrytka. Wiec, z jak mi się wydawało, najpiękniejszym uśmiechem na jaki mnie stać, przywitałam się.
- Słoneczko, niestety nie mam normalnych, mam same nienormalne. To dam ci takie dwa nienormalne, specjalne dla dziewczynek, różowiutkie, no zobacz. Może tak być?
Mogło. 

No to co, znowu jestem bezużyteczna. 
Szkoda, że to nie lewa.
Czekają mnie trzy tygodnie wyzwań.
I trzy tygodnie bez makijażu.
Akurat na halloween.
Super.

piątek, 9 października 2015

trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć.

Rzuciłam pracę.
Rzuciłam pracę w lodziarni, odebrałam ostatnią wypłatę i zapakowałam się w auto z namiotem, plecakiem i czterema osobami, z którymi w życiu nie spędziłam tak dużo czasu. Bo dwanaście dni to nie jest mało, mimo iż po powrocie wydaje się, że to nic. 

Trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć kilometrów. 

Kopalnie, jaskinie, zamki, ruiny, rynki, zoo.
Kościoły, z których nas wyrzucali. Zakwasy i niewyspanie. Kawy i hotdogi ze stacji. 
Poczucie wolności ale i odpowiedzialności. Bo samochód, bo reszta pasażerów, bo chcę kiedyś pojechać jeszcze raz.
Godziny śmiechu.
Kilka ładnych zachodów słońca. 
Morze.

Ej, wytrzymaliśmy ze sobą. Wytrzymaliśmy tyle czasu, siedząc sobie na głowach, patrząc się na siebie codziennie, jedząc razem, paląc razem, razem przeklinając niemiłych ludzi w niektórych miastach i razem ciesząc się z tanich noclegów. Siedząc razem w jednym aucie po kilka, kilkanaście godzin. Razem przepłacając za jedzenie i razem oglądając głupie filmy. 

Nie chcę tutaj opisywać punktu po punkcie. Nawet opowiadanie na żywo, przy pomocy zdjęć jest jakieś trudne. I czasochłonne. I chaotyczne. Chciałam zapisywać na bieżąco co się działo danego dnia. Serio. 
Nie było czasu. 
Tak naprawdę nie wiem, ile w końcu miast odwiedziliśmy. Nie wiem, ile pieniędzy wydałam. I trochę nie wiem, jak teraz wrócić do normalnego, dorosłego i odpowiedzialnego siedzenia na dupie życia. 

Plecak dalej leży pod szafą, namiot dalej jeździ w samochodzie. Dalej korzystam z kosmetyków przelanych do małych buteleczek. A wstawanie po jedenastej usprawiedliwiam ciągłym odpoczywaniem po tych wakacjach. 


Jest październik, a ja znowu jestem w tym samym punkcie, co rok temu, co dwa lata temu. Zaczynam się czuć głupsza od moich znajomych. Bo oni chociaż udają, że wiedzą, co chcą robić. A ja? 


Próbuję podołać rzuconemu samej sobie na początku roku wyzwaniu - trzysta sześćdziesiąt pięć filmów w dwutysięcznym piętnastym. Nie jestem nawet w połowie. Za to rok jest zdecydowanie za swoją połową. Próbuję uczyć się niemieckiego. Zapominam. Próbuję więcej czytać. Trochę mi wstyd. Próbuję pisać bloga. Bez komentarza. Próbuję schudnąć kolejne piętnaście kilo. Dobij mnie. 


Jadę do Monachium, głównie na koncert. Będę jeść tak samo, jak zwykle. Pić takie samo piwo. Chodzić do tych samych sklepów. Robić zdjęcia tym samym rzeczom. Miejscom. Ludziom. Tym razem bez stresu, że mnie tam zostawią. Bo zdecydowałam, że jeszcze nie czas. A może coś (ktoś?) zdecydowało za mnie. 


I wrócę do Lublina i dalej będę próbować robić kroki w różnych kierunkach. Byle do przodu. I spróbuję znaleźć sobie kolejną pracę. I znowu mi się uda. I znowu odłożę worek pieniędzy żeby znowu gdzieś pojechać. I znowu ktoś mi powie, że to dlatego, że jestem „bogata z domu”. A ja znowu się wkurwię


Zrobię sobie melisę.
Lubię melisę.