piątek, 9 października 2015

trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć.

Rzuciłam pracę.
Rzuciłam pracę w lodziarni, odebrałam ostatnią wypłatę i zapakowałam się w auto z namiotem, plecakiem i czterema osobami, z którymi w życiu nie spędziłam tak dużo czasu. Bo dwanaście dni to nie jest mało, mimo iż po powrocie wydaje się, że to nic. 

Trzy tysiące dwieście trzydzieści sześć kilometrów. 

Kopalnie, jaskinie, zamki, ruiny, rynki, zoo.
Kościoły, z których nas wyrzucali. Zakwasy i niewyspanie. Kawy i hotdogi ze stacji. 
Poczucie wolności ale i odpowiedzialności. Bo samochód, bo reszta pasażerów, bo chcę kiedyś pojechać jeszcze raz.
Godziny śmiechu.
Kilka ładnych zachodów słońca. 
Morze.

Ej, wytrzymaliśmy ze sobą. Wytrzymaliśmy tyle czasu, siedząc sobie na głowach, patrząc się na siebie codziennie, jedząc razem, paląc razem, razem przeklinając niemiłych ludzi w niektórych miastach i razem ciesząc się z tanich noclegów. Siedząc razem w jednym aucie po kilka, kilkanaście godzin. Razem przepłacając za jedzenie i razem oglądając głupie filmy. 

Nie chcę tutaj opisywać punktu po punkcie. Nawet opowiadanie na żywo, przy pomocy zdjęć jest jakieś trudne. I czasochłonne. I chaotyczne. Chciałam zapisywać na bieżąco co się działo danego dnia. Serio. 
Nie było czasu. 
Tak naprawdę nie wiem, ile w końcu miast odwiedziliśmy. Nie wiem, ile pieniędzy wydałam. I trochę nie wiem, jak teraz wrócić do normalnego, dorosłego i odpowiedzialnego siedzenia na dupie życia. 

Plecak dalej leży pod szafą, namiot dalej jeździ w samochodzie. Dalej korzystam z kosmetyków przelanych do małych buteleczek. A wstawanie po jedenastej usprawiedliwiam ciągłym odpoczywaniem po tych wakacjach. 


Jest październik, a ja znowu jestem w tym samym punkcie, co rok temu, co dwa lata temu. Zaczynam się czuć głupsza od moich znajomych. Bo oni chociaż udają, że wiedzą, co chcą robić. A ja? 


Próbuję podołać rzuconemu samej sobie na początku roku wyzwaniu - trzysta sześćdziesiąt pięć filmów w dwutysięcznym piętnastym. Nie jestem nawet w połowie. Za to rok jest zdecydowanie za swoją połową. Próbuję uczyć się niemieckiego. Zapominam. Próbuję więcej czytać. Trochę mi wstyd. Próbuję pisać bloga. Bez komentarza. Próbuję schudnąć kolejne piętnaście kilo. Dobij mnie. 


Jadę do Monachium, głównie na koncert. Będę jeść tak samo, jak zwykle. Pić takie samo piwo. Chodzić do tych samych sklepów. Robić zdjęcia tym samym rzeczom. Miejscom. Ludziom. Tym razem bez stresu, że mnie tam zostawią. Bo zdecydowałam, że jeszcze nie czas. A może coś (ktoś?) zdecydowało za mnie. 


I wrócę do Lublina i dalej będę próbować robić kroki w różnych kierunkach. Byle do przodu. I spróbuję znaleźć sobie kolejną pracę. I znowu mi się uda. I znowu odłożę worek pieniędzy żeby znowu gdzieś pojechać. I znowu ktoś mi powie, że to dlatego, że jestem „bogata z domu”. A ja znowu się wkurwię


Zrobię sobie melisę.
Lubię melisę.

2 komentarze: