niedziela, 29 listopada 2015

znowu śmierdzę frytkami.

Po dwóch tygodniach nauki przystosowania do życia bez prawej ręki (z dumą wpisałabym sobie cztery plus), zostałam uwolniona. Nie obyło się bez nerwów i problemów, bo jak się okazuje, chyba wszyscy lubelscy ortopedzi biorą urlop w tym samym czasie. Na szczęście znalazł się chirurg, który wziął mnie pod swoje skrzydła, zdjął gips (w penisy, bo moi znajomi są dorośli i dojrzali) i pilnował mojej samodzielnej rehabilitacji. 
Wkładanie ręki do gorącej wody było wątpliwą rozrywką, tym bardziej, że zazwyczaj szykowałam sobie miednicę wrzątku. Nie obyło się bez krzyków i najpospolitszych polskich przekleństw. No ale. Mus to mus. A mus był, bo nie pamiętam, żeby zależało mi na czymś bardziej, niż (jak najszybciej) sprawna prawa ręka. W końcu kariera przede mną.

Gdy tylko poczułam, że wszystko działa zadowalająco, zadzwoniłam z radosną nowiną do pracy. Że żyję, że mam się spoko, że chcę pracować, że nadciągam i nadchodzę. 

I nadeszłam. Umówiłam się na jakiś dzień. Nie pamiętam, czy to była środa czy może czwartek. Czy piątek. Nie pamiętam, o jakiej godzinie się stawiłam. Pamiętam tylko, że podeszłam do lady i zaczęłam tłumaczyć. Że ja miałam dziś przyjść ogarnąć rzeczy. 
Bo miałam pracować, ale się rozsypałam. Że gips, że nie wiem co i jak. I przekonana, że moje zmienniczki wiedzą o co chodzi, patrzyłam głęboko w ich oczy i czekałam, aż mnie wpuszczą, aż mnie zaproszą za ladę.
Zamiast tego usłyszałam tylko „Aha. Ale coś pani podać?”.
Zmieszana odpowiedziałam, że nie. Że dziękuję. 
I stałam wytrwale dalej, obserwując je z perspektywy klienta. 
I pewnie jak klient wyglądając. Taki trochę niespełna rozumu.

Zebrałam się drugi raz. I zaczęłam tłumaczyć od nowa. I za drugim razem już się udało, wpuściły mnie. Okazało się, że nikt nie zapowiedział mojego przybycia. Na transparenty i powitalne okrzyki nie liczyłam, no ale przecież to ja. To ta sierota, co skręciła rękę pierwszego dnia pracy, w ciągu dziesięciu pierwszych minut. Powinnam być legendą

Bo w mojej głowie jestem.

I przyszłam tak raz, na jakieś trzy godziny. Potem w niedzielę. Trochę przygotowywałam zamówienia, a trochę tańczyłam z mopem. Kilka razy udało mi się użyć kasy fiskalnej

Wróciłam do domu śmierdząca frytkami. Potem w poniedziałek zaliczyłam zebranie, które teoretycznie mnie nie do końca dotyczyło (bo nie zdążyłam jeszcze zrobić nic, co zasługiwałoby na opierdziel). Praktycznie jednak, usłyszałam jedną rzecz, która dotyczyła tylko i wyłącznie mnie.
Jestem powolna.

Wkurwiłam się. 

Jak mam być szybka, skoro nie mam pojęcia co i jak. I dlaczego usłyszałam to od przełożonej zamiast od osób, które tak stwierdziły. Wkurwiłam się

Więc po dwudniowym rozeznaniu w terenie, stawiłam się wczoraj na samo otwarcie barku. 

I przez całą zmianę zasuwałam jak nakręcona. Co chwilę próbowałam ściągnąć na siebie wzrok zmienniczki. Najlepiej taki, który wyrażałby pochwałę, aprobatę. 

Czy tę aprobatę dostrzegałam czy też nie, robiłam swoje. Z największym na świecie zaangażowaniem biegałam po całej „kuchni”, a poziom endorfin przekraczał normę. 

Im większy był młyn, tym lepiej było mi w głowę i tym mniejsza była szansa, że spierdolę jakieś zamówienie. Dawno się tak nie czułam. 

Zastanawiam się, jak długo ten zapał do pracy mi się utrzyma. 

Dziś obudziłam się z zakwasami, ale i z uśmiechem. 
Ciekawe, czy będzie duży ruch. 
Oby.

1 komentarz:

  1. Bardzo fajny blog i świetny wpis. Życzę Ci powodzenia na następne dni i żebyś dała radę w pracy :) Pozdrawiam i czekam na kolejne relacje.

    OdpowiedzUsuń