niedziela, 29 maja 2016

wszystko zaczęło się układać.

To chyba serio jest tak, że głupi ma szczęście. No ale ile można. 
Od jakiegoś czasu ja się po prostu na tym szczęściu prześlizguję przez życie. 
Na ładne oczy i duże cycki urok osobisty. 

Po dwóch miesiącach spędzonych prawie na walizkach, po powrocie z Teneryfy, po zdaniu egzaminu na pilota (!), wszystko zaczęło się dziać i układać, samo.

Najpierw urząd pracy.
- Oooo, pani ma dwa języki. Bardzo dobra znajomość. Mariola, tam do tego biura podróży to musi być wyższe wykształcenie?
- No tak napisali.
- Ale pani tu ma dwa języki. I kurs pilota pani właśnie skończyła. Jak u pani z geografią? Ja panią tam skieruję, czemu nie, a może się uda. Bo pani jeszcze nie brała od nas stażu żadnego, prawda? Mariola, skierujemy panią. 
Nie zdążyłam się odezwać. Machnęłam kilka podpisów, dostałam do ręki kwit i wyszłam. Zaraz go rozłożyłam. Stanowisko: specjalista ds. turystyki. Parsknęłam śmiechem.

Potem przemiła rozmowa o ten staż.
Poumawiałam się na dni próbne, popatrzyłam na moje przyszłe obowiązki. I kazali mi czekać na telefon.
Potem ten telefon
szóstego maja dokładnie. 
- Hej Dorotka. Jesteś dyspozycyjna dziesiąty-siedemnasty? Bo robimy wyjazd szkoleniowy na Bałkany, pojechałabyś z nami. Tylko sobie weź jakiś pieniądz żeby mieć na jedzenie i może jakieś piwko. To co?
Tyle entuzjazmu to ja w sobie dawno nie miałam. Już byłam pogodzona z tym, że przez ponad pół roku nie opuszczę Lublina na dłużej niż weekend (i to przy dobrych wiatrach)
A tu proszę.Tydzień w trasie, ogrom kilometrów, prawie całe południe Europy. I do tego niespełna pięćdziesiąt obcych osób, zapakowanych ze mną w jeden autokar. Byłabym głupia, gdybym odmówiła. 

Potem ten wyjazd.
I wiecie co? Po raz pierwszy duża część moich obaw się spełniła. I magicznie się okazało, że nawet jeśli tak się dzieje, to nie jest to koniec świata. Bawiłam się średnio, bywało mi źle. Ale niespodzianka, przeżyłam. Po prostu po przekroczeniu progu domu się rozpłakałam. Po dziesięciu minutach całe ciśnienie ze mnie zeszło. Wzruszyłam ramionami, machnęłam ręką. Idziemy dalej. 

I kolejny świeży start.
Umowa o staż podpisana, tydzień przepracowany. Z jednej strony nie czuję się pewnie, z drugiej próbuję nakierować się na myślenie, że to jest to, czego mi teraz trzeba. 
Nie będę pilotażować w tym sezonie, to pewne. Ale będę miała z tym kontakt, ogarnę organizację z perspektywy biura, w końcu to cały czas turystyka, to cały czas ma związek z tym, co bym chciała robić. A więc nie ma, że boli. Nie ma, że się nie chce. Nie ma, że nie umiem usiedzieć w jednej pracy więcej niż kilka (trzy? pięć?) miesięcy. 
Co MUP złączył, niech moje lenistwo nie rozdziela, amen. 

Jeszcze kilka lat temu, za żadne skarby bym się nie zdecydowała na samotne weekendowe podróże do obcego miasta, żeby uczyć się czegoś, czego nawet nie jestem pewna. Z obcymi ludźmi. Nie zdecydowałabym się jechać nawet w tak atrakcyjnie wyglądającą podróż, nie mając chociaż jednej bliskiej osoby na siedzeniu obok. Nie zdecydowałabym się podejmować pracy, na której się zupełnie nie znam. 

A teraz? Wstaję koło szóstej rano. Makijaż, ubranie, włosy. Pakuję plecak, zakładam buty. I jeszcze przed samym wyjściem patrzę w lustro. Trochę po to, żeby sprawdzić, czy resztki śniadania nie zostały mi na brodzie. A trochę po to, żeby sobie powiedzieć, że jestem z siebie dumna
Tak troszkę. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

nie było łatwo.


To już dwa tygodnie od mojego powrotu z Teneryfy. Nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że zakochałam się w tej wyspie.
Zwyczajnie, praktycznie, logistycznie - nie było łatwo.
Mały kawałek ziemi, około osiemdziesiąt kilometrów długości. Ja na jednym końcu, lotnisko na drugim. To znaczy jedno z lotnisk. Bo przyleciałam na południowe, ale wylatywałam z północnego. Tak się robi tanie loty moi drodzy.
Całe szczęście są autobusy. Całe mnóstwo, nawet linie nocne. I moja historia zakończyłaby się właśnie na tym, że w autobus wsiadłam, przesiadłam się ze trzy razy i dojechałam na lotnisko.
Ale nie.

Lot miałam przed dziesiątą rano. A pierwszy autobus z Playa Paraíso około dziewiątej. Jeden jedyny, potem przesiadki. Nie było opcji. 
Mogłam pojechać ostatnimi. Około dwudziestej drugiej byłabym na miejscu, ale wizja koczowania przez dwanaście godzin na lotnisku? No me gusta.
A może stopem? Tym bardziej, że mimo przeżytych dwudziestu dwóch lat i przejechanych tysięcy kilometrów, nigdy nie jechałam stopem. Przygoda! 
Ale siostra, która mi towarzyszyła, była przerażona samą myślą. A znajomi Kai odradzili. Zaufałam, oni tam mieszkają, wiedzą lepiej.

Dzień przed wylotem wstałyśmy, spakowałyśmy się. Bez paniki, coś się ogarnie. 
Poszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy z wifi. Telefon w dłoń, może coś przeoczyłam. Prosząc o rachunek, poprosiłam też o pomoc. Jednak, mimo naprawdę ogromnych starań kilku kelnerów, nie dowiedziałam się niczego nowego. Autobusy jeżdżą, jak jeżdżą. Podziękowałam za chęci, słownie i napiwkiem, i ruszyłyśmy w kierunku wypożyczalni aut. Porażka. Bo jestem za młoda na auto, bo nie wypożyczają na mniej niż dwa dni. Taksówka? Koszt ponad stu euro. No kurwa.

Trudno, wracamy się dopakować i powoli się zbierać na wieczorną podróż autobusami. Żeby uniknąć dwunastogodzinnej imprezy na aeropuerto, zdecydowałyśmy, że poszukamy jakiegokolwiek noclegu w jego okolicy. Przechodziłyśmy koło knajpy, w której prosiłyśmy o pomoc. Kelnerzy nas rozpoznali i zawołali. Jeden z nich powiedział, że mają dziś fiestę, na której będzie jego przyjaciel, który mieszka gdzieś na północy wyspy. 
I w sumie, to może nas tam zawieźć.

Zrobiłyśmy wielkie oczy, a w głowie szybko zrobiłyśmy listę za i przeciw.
Z kraju nas nie wywiozą. Poza wyspę też może być ciężko. Pustynia? Puszcza? Mała wyspa, w końcu znajdziemy cywilizację. Burdel? Na organy? Damy sobie radę, byle nie dać się rozdzielić. A może się polubimy, zaadoptuje nas i zostaniemy żyć w tym pięknym miejscu? Na pewno zaoszczędzimy i czas i euro. I nerwy, które by towarzyszyły przesiadkom.
Usiadłyśmy na kolejną kawę, znalazłam spanie. Jedenaście euro za łeb.

Dwadzieścia minut później, pojawił się kelner. Przyprowadził chyba najbardziej nieśmiałego hiszpana, jakiego w życiu widziałam. Młody, aparat na zębach, wpatrzony w swoje buty. I podobny do Jarosława Boberka. Zaraz obok pojawiła się jego żona, z wózkiem.
Spoglądając na dziecko, które było niemalże gwarancją, że nie umrzemy na autostradzie, umówiliśmy się na dziewiętnastą, w knajpie, już z bagażami.

Ostatnie spacery.
Ostatnie zdjęcia.
Ostatnie piwa i ośmiorniczki.
Doczołgałyśmy się, zapakowałyśmy się do auta i wio. Niezręcznych rozmów było w sam raz. Po dotarciu do centrum La Laguny, żona zaprowadziła nas prawie za ręce, pod samo wejście do kamieniczki, w której miałyśmy nocleg. Pochwaliła mój hiszpański. Nie chciała pieniędzy, a ja nie umiałam wystarczająco podziękować. Do tej pory, na samą myśl, czuję ogrom wdzięczności, ale i wstyd, że nie umiałam jej wyrazić. 

Rano taksówka za ostatnie siedem euro.
Ostatni wschód słońca.
Ostatnie spojrzenie na wulkan Teide.



czwartek, 31 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej. [2]

O czwartej rano w czwartek byłam już w drodze na lotnisko. Torba była lżejsza, a ja o dziwo szybko uciszyłam w sobie potrzebę snu. Sunęłam z góry na dół, na stację. Przydałyby mi się słuchawki. No cóż.
Kupiłam bilet za ostatnie drobne, wsiadłam. Pusto. Pusto i gorąco. Bez emocji patrzyłam na tablicę informującą o kolejnych stacjach. Wiedziałam, gdzie mam wysiąść. 
I wiedziałam, że muszę wysiąść sprawnie, bo mam trzy minuty na przesiadkę. 
Nie wpadło mi do głowy, że mój pociąg może przyjechać za późno. Albo ten drugi za wcześnie. Zdążyłam mu tylko pomachać. Następny? Za trzydzieści trzy minuty. 
Ja pierdolę.

Zimne powietrze pozwalało mi trzeźwo myśleć. Wyszłam ze stacji, znalazłam przystanek autobusowy. Trzy minuty do sto dziesiątki na port lotniczy, jestem uratowana.
Pogratulowałam sobie tej męskiej decyzji o autobusie zaraz po przyjeździe na lotnisko. 
Bo kolejki były niesamowite. Nie zdążyłabym na samolot, gdybym została na stacji i czekała na kolejny pociąg. 

Stałam bardzo długo, niecierpliwie tupiąc nóżką i przewracając oczami za każdym razem, gdy jakiś pasażer wracał się kilka razy przez bramkę do bagażu, bo czegoś nie wyjął. Albo czegoś z siebie nie zdjął. No kurwa, przy security był nawet wyświetlany film, pokazujący jak się przez tę kontrolę przechodzi. Ale nie. Trzy butelki wody w podręcznym i dwa kilo biżuterii na sobie to świetny plan na umilenie wszystkim lotniskowych procedur. Chciałabym kiedyś dobrać się do tyłków różnych ludzi na lotniskach. W sensie, że chciałabym grzecznie opowiedzieć, jak się kurwa nie lata. I nie zachowuje. 
I za co powinno się karać. Karami cielesnymi. Mam całkiem sporo do powiedzenia. A jeśli to miałoby w jakiś sposób ograniczyć pewne zachowania i sprawić, że życie lotniskowe stanie się przyjemniejsze, to może ja już zacznę pisać

Nie piszczałam, nie macali, nie kazali rozkręcać aparatu, ale moja kurtka została wylosowana do kontroli. Gratulacje
Okazałam się nie być kryminalistą zamachowcem, zabrałam cały swój dobytek, dotarłam do wyjścia do samolotu i od razu ustawiłam się w kolejkę. Tym razem przydzielili mi miejsce w środku. Między dwójką obcych ludzi, bez słuchawek. Olaboga.
To tylko czterdzieści minut, dam radę. Poczytam sobie, pouczę się, prześpię. Cokolwiek. Chciałaś latać, to masz. Coś za coś

Weszłam na pokład. Jakaś niunia siadła po mojej prawicy, miejsce przy oknie długo zostawało puste. Wiedziałam, że nie mam już szans na tak miłą zamianę, jaka to miała miejsce w tamtą stronę. Siedziałam zbyt daleko od rzędów przy wyjściach awaryjnych. 
I wiesz co? 
Nie do końca miałam rację
Steward zabrał niunię siedzącą przy przejściu. 
To mogłam być ja. Ale ja nie siedziałam z brzegu. 

Zaraz pojawił się typ od miejsca przy oknie. Już zaczęłam wstawać, już zaczynałam go puszczać do jego fotela. Nie wyczołgałam się jeszcze ze swojego rzędu, a jego też zabrali. On też poszedł mieć komfort

Dorotka, nie płacz. Nie płacz kurwa, większe tragedie się dzieją na świecie. Nie płacz kurwa mówię, głód, powodzie i choroby. No zobacz, znowu masz trzy miejsca dla siebie. Nie jest tak źle, co? Jest w sumie całkiem w porządku, całkiem korzystnie. Zobacz, możesz sobie położyć sweter na jednym siedzeniu, książkę na drugim, a sama możesz przez całą drogę robić zdjęcia chmurkom, ale super. Jasne strony, Dorotka. Jasne strony. 

Godzinę później paliłam już papierosa w oczekiwaniu na transfer do centrum stolicy. 
W busie dosiadł się do mnie pan. Zagadał o pogodzie, a potem przez całe pięćdziesiąt minut wymienialiśmy się doświadczeniami z różnych europejskich lotnisk. Pod Pałacem Kultury życzyliśmy sobie miłego dnia i wszystkiego dobrego, efektownie się potknęłam i poszłam w swoją stronę. W stronę marketu, bo umierałam już z głodu. Zakupy jednak oddałam bezdomnemu i z litrem wody pojechałam na busa do domu. 

Moje własne łóżko dawno nie było takie wygodne.

niedziela, 27 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej.

Trzeci weekend w Warszawie. Powoli zaczynam się czuć jak słoik. Tym bardziej, że już z jednym przyjechałam. W ostatniej chwili zgarnęłam spaghetti mojej siostry, co trochę mnie uratowało. Bo ta impreza trzepie mnie po kieszeni. I nawet nie mam na myśli cen samego kursu. 
Chciałabym móc rzucić jedzenie. Albo chodzić do tej Warszawy na piechotę. Bo takich wydatków jak szybki obiad czy dojazd nie brałam w ogóle pod uwagę. Czy to ta słynna dorosłość znowu dobiera mi się do tyłka?

I znowu to samo. Bus o najgorszej możliwej godzinie, wcale nie za złotówkę, jak to obiecują. Pełny. Jeszcze dwie minuty przed odjazdem wydawało mi się, że nikt się nie dosiądzie. A potem do busa weszły erasmusy. Hiszpańskie, oczywiście. 
Jako dobry człowiek, powiedziałam jednemu, że miejsce koło mnie jest wolne. Trudno, niech stracę. Karma widzi i tak dalej. No i posypały się pytania. „O, mówisz po hiszpańsku? Gdzie jedziesz? A po co?” Zaraz pożałowałam mojego dobrego serca, przerażona, że będzie do mnie mówić przez całe trzy godziny. Na szczęście zajęli się głośnymi rozmowami tylko w swoim gronie. 

Jestem za połową kursu. Były już pierwsze łzy i pierwsze słowa deklarujące przywiązanie. Nie moje, ale w środku zgadzałam się ze wszystkim, co usłyszałam. Nawet jeśli nie dane jest mi być pilotem (tfu tfu), to szkolenie było kawałem dobrej decyzji. Chociażby ze względu na dobrą zabawę i chwilowe poczucie, że jestem na miejscu. W prawdzie przeplatane co jakiś czas pytaniem „co ja tu robię”, ale co raz rzadziej. Za tydzień ostanie zajęcia, za trzy - egzamin. Zobaczymy.

W poniedziałek zrobiłam to, co lubię najbardziej. Wsiadłam w samolot.

Jeszcze w kolejce do kontroli bezpieczeństwa podsłuchałam, że młodzi rodzice uwielbiają tę trasę. Jest świetna do oswajania dzieci z lataniem. I faktycznie, po godzinie stawiłam się w kolejce do boardingu, a gdzie wzrokiem nie sięgnąć, biegały małe rozdarte człowieczki. Naliczyłam dwanaście. Potem jeszcze kilka. 
I sobie pomyślałam ni mniej ni więcej jak „o kurwa”
Byłam przekonana, że co najmniej jeden gówniarz będzie siedział za mną, a jakiś drugi koło mnie. I jeden będzie mnie kopał w fotel, a drugi będzie chciał wstawać i chodzić i zwiedzać (a miejsce miałam przy przejściu). Albo co gorsza - nawiązywać kontakt. 
Nie no, dzieci są całkiem znośne. Niektóre. Czasami. Czasem trochę śmieszne. Ale nie w samolocie. To się po prostu nie łączy. Ja nie chcę, ja proszę je wszystkie nadać do luku

Wspięłam się na pokład, znalazłam miejsce, a przeczucia mnie zawiodły. W moim rzędzie ani jednego dzieciaka, wręcz przeciwnie - starsza para. A niech będzie, nie ma tragedii, raczej będą grzeczni. I wrzuciłam bagaż na półkę, rozsiadłam się i zaczęłam rozplątywać słuchawki. Moje pierwsze porządne słuchawki, starannie wybrane, przemyślane i wymienione za worek złotych monet. 

Podeszła do mnie stewardessa z pytaniem, czy mogę się przesiąść o jedno miejsce do tyłu. Popatrzyłam jej głęboko w oczy i nie zdradzając żadnych emocji, rozpięłam pasy. Wiedziałam, co jest z tyłu. Mistyczna kraina ogromnej przestrzeni na nogi. No i wyjście awaryjne, ale kogo obchodzi wyjście awaryjne, kiedy możesz swobodnie uprawiać jogę jednocześnie na siedzeniach i podłodze? Nie mnie. Nigdy tam nie siedziałam. Dziesięć (jedenaście?) lat temu zaliczyłam pierwszy lot, do tej pory nigdy tam nie siedziałam. Od czterech lat mogę. Serio, nigdy wcześniej tam nie siedziałam. 

Wskoczyłam na środkowe siedzenie. Nikogo po prawej, nikogo po lewej. Trzy miejsca moje. Okno moje. Podłokietniki moje. I moje wyciągnięte nogi. Wystartowaliśmy, założyłam słuchawki. Na twarzy rysował mi się uśmiech, czułam się jak król życia
Oh, jak mi dobrze. 
I było mi tak dobrze ze czterdzieści minut, bo po takim czasie wylądowaliśmy. Zaczęłam się zbierać, zrelaksowana i szczęśliwa. I nie zebrałam się do końca. Najprawdopodobniej zostawiłam słuchawki. 
Proszę o minutę ciszy. Ja wciąż jestem w głębokiej żałobie

Spaliłam papierosa, złapałam skmkę. Już nie było mi tak wesoło. Rozważałam płacz w pociągu, bo chyba jeszcze tego nie robiłam. Na pewno nie w Trójmieście. 

Następnego dnia gorąca czekolada z piankami nad zatoką i sama zatoka trochę poprawiły mi humor. W głowie tłukła mi się wielokrotnie słyszana opowieść o moim pierwszym spotkaniu z morzem (czteroletnia ja i moje „ale wanna!” jako pierwsza reakcja na ogrom wody przede mną), trochę tęsknot, trochę strachów, ale głownie spokój, ład i porządek. Gdyński bulwar był szokiem dla organizmu, który dopiero co uciekł ze stolicy. Dobrze mi było. I dość znajomo, bo kiedyś co najmniej raz w roku bywałam w tym miejscu, w którym mnie teraz goszczono. 

Nie zrobiłam wszystkiego, co chciałam. 
Nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam.
No i trudno, będę musiała przyjechać (przylecieć!) jeszcze raz.
Jak będzie cieplej, bo przegwizdało mnie konkretnie.
Ale co jak co, dawno mi się tak dobrze nie spało.
Jeśli dobry sen ma mnie kosztować dziewięć złotych w jedną stronę, to ja to kupuję.



środa, 9 marca 2016

wiszę mamie worek pieniędzy.

Po dwóch dniach zaciekłej bitwy z urzędem pracy, po szybkim pakowaniu, po trzech bardzo niekomfortowych godzinach w busie, wysiadłam w Warszawie. Kupiłam biletów na zapas, wskoczyłam w em jeden i ruszyłam w drogę.

Znowu przespałam wszystkie budziki.
Zerwałam się po siódmej, szybko, eyeliner, tusz, brwi, włosy i wio. Plan był taki, że oszczędzam na biletach, to nie jest daleko, no przecież dolezę. Prosta droga, przecież się nie zgubię. I się nie zgubiłam. I doczołgałam się na czas. Problem w tym, że za cholerę nie mogłam znaleźć tego konkretnego wejścia, którego szukałam. Okrążyłam hotel raz. Nic. Zobaczyłam łysiejącego typa, który tak samo jak ja miotał się, patrzył na zmianę w telefon i na budynek.
Byłam dzielna, podeszłam. Zapytałam, czy szuka tego samego. Szukał. Tylko tak jakoś trzysta razy bardziej wkurwiony ode mnie był. Połączyliśmy siły na jeszcze dwa okrążenia. Trochę ten jego wkurw zaczynał mnie przerażać, więc zwolniłam i kontynuowałam poszukiwania na własną rękę. Zapytałam kilka osób. Wreszcie jakiś pan w hotelu powiedział, że wejście jest przez bank. Faktycznie było, nawet kilka kartek wisiało na drzwiach. Nie zauważyłam ich wcześniej.

Spóźniona mniej więcej osiem minut, niewzruszona weszłam do prawie już pełnej sali, z uśmiechem rzuciłam dzień dobry, zdjęłam kurtkę i klapnęłam na najbliższe krzesełko. Nawet nie było mi wstyd.

Od kilku lat staram się walczyć z chyba najgłupszym strachem, jaki mi było dane doświadczać. Boję się wchodzić w miejsca pełne ludzi. Bałam się wchodzić do Legendy (mimo iż zazwyczaj była pełna znajomych), bałam się wchodzić spóźniona do klasy (te same twarze od wielu lat), stresuje mnie wchodzenie do urzędów, przychodni i innych poważnych miejsc. No i do nowych knajp też trochę. Więc albo trzeba było po mnie wychodzić przed drzwi baru, albo odpuszczałam pierwszą lekcję, albo kazałam sobie dokładnie tłumaczyć gdzie co jest wewnątrz budynku (skąd się bierze numerek, na które piętro mam się dostać i którymi schodami etc). Nie potrafię tego wyjaśnić, nikt nie potrafi zrozumieć.
Tamtego dnia w ogóle tego nie poczułam.

Rozejrzałam się. Wszyscy mieli na szyi firmową smyczkę z plastikowym identyfikatorem. Tylko nie ja. Może przy wejściu trzeba było się zgłosić? Może oni wiedzą coś, czego nie wiem ja? Przeczytałam wszystkie imiona po kolei. Też chcę być podpisana. Też chcę smyczkę. Nie wykopią mnie za brak? Wszyscy mają no. Tylko nie ja. Ale siara, nie dość, że się spóźniła, to jeszcze nie ma identyfikatora. Ale wstyd.

Jednak nie byłam ostatnia spóźniona. Po mnie doszły jeszcze dwie osoby. Usiadły w zasięgu mojego wzroku, tak bym spokojna mogła stwierdzić, że też nie mają tych pieprzonych identyfikatorów. A nie, czekaj. Kurwa mać, wyciągnęli zza siebie. Mają. Tylko ja nie mam. Co robić. Pomocy.

Na pierwszej przerwie dorobiłam się swojego kawałka plastiku, napisałam (krzywo jak cholera) na nim swoje imię i już w spokoju mogłam zacząć przyswajać wiedzę. 
Nawet jedno ćwiczenie zrobiłam najlepiej z grupy! Przez chwilę poczułam się pewnie. 

Na przerwie obiadowej poszłam z małą grupką na kebsa. Chuj, niech strację. Chuj, niech przytyję. Ale się trochę zintegruję. Dużo rozmawialiśmy, każdy z każdym, jak starzy znajomi. Gdzieś z tyłu głowy myślałam „ah, gdyby x/y/z mnie teraz zobaczył(a)! Jaka jestem otwarta i dzielna i jak gadam z obcymi!”. Nikt nie wiedział, jak bardzo boję się ludzi, jak bardzo jestem nieśmiała. Trzy godziny później byłam już w drodze do pożyczonego mieszkania. Znowu na piechotę. Padłam na ryj na kilka godzin. 

Następnego dnia byłam przed czasem. Kreski na powiekach miałam równe, a włosy mi się dobrze układały. Osiem godzin minęło jeszcze szybciej niż w sobotę, a ja powoli zaczynałam zadawać sobie pytanie „co ja tu robię”. Bo zaczyna się okazywać, że pisia ze mnie i frędzel, że ci ludzie są lepsi, byli na krańcach świata. A ja nawet we Francji nigdy nie byłam. Że jeden wydał przewodniki po Słowacji, a jedna biegle włada chyba pięcioma językami. Że ktoś był już animatorem na Krecie, a ktoś zna Włochy na wylot. Że trzy osoby są po turystyce a jedna jest wuefistką z wieloletnim stażem. 
A ja? 
Mała lubelska pszczółka, która nie potrafi już na biegu złożyć zdania w języku, którego się uczyła przez osiem (?) lat. I w sumie to nic nie wiem. Nic nie umiem. Nigdzie nie byłam. 
Mała się poczułam, jak główka od szpilki. A tu jeszcze do mikrofonu kazali mówić, żeby ćwiczyć. No kurwa, mikrofon do ręki w momencie, kiedy straciłam całą pewność siebie. 
A mam jej i tak niewiele. 

Z jednej strony zjada mnie stres przed kolejnym zjazdem. Z drugiej strony wciąż mam zamiar serio nauczyć się rzeczy i stać się całkiem w nich dobra. 
I to już nawet nie po to, żeby komukolwiek cokolwiek udowadniać. 
Chyba się starzeję

No ale co jak co, fajnie się bawiłam słuchając mądrych ludzi i notując co ważniejsze rzeczy. A jak się świetnie będę bawić odrabiając lekcje! A zaraz potem napiszę wreszcie pierwszy w życiu list motywacyjny i się zgłoszę do rekrutacji, co mi szkodzi. Może jeszcze coś ze mnie będzie w tym roku. Może będzie ze mnie pilot na wakacje. 
Mam nadzieję.
Bo jeśli nie, to wiszę mamie worek pieniędzy. 

środa, 3 lutego 2016

rzuciła mnie praca.

Kiedyś ściągnęłam na telefon aplikację do odliczania. Na ekranie pokazuje się kolorowy okrąg, każdego dnia po trochu znika. I liczba w środku. Ile to jeszcze dni zostało. 
Aktualnie mam takie cztery, w różnych kolorach. 
Trzy z nich to wyjazdy, na które niecierpliwie przebieram nóżkami. Jeden z nich planowany jeszcze we wspaniałym dwa tysiące piętnastym. Co poradzisz, nie umiem usiedzieć na tyłku. Ja muszę oglądać miejsca. 
Jedno odliczanie dotyczyło końca mojej kariery w obecnym miejscu zatrudnienia. 
Czemu odliczałam do końca pracy, która dawała mi endorfinowego kopa i najprzyzwoitsze (jak do tej pory) zarobki? 
Bo się zrobiło chujowo, proszę państwa. 

Cóż, sama praca nie była aż taka zła. Nie angażowała za bardzo, nie stawiała wyzwań (spójrzmy prawdzie w oczy: i dobrze i źle), męczyło jedynie sprzątanie na czas. I niska temperatura męczyła. Szczególnie mój rozjebany tam nadgarstek.

Niestety, na całokształt pracy nie składa się tylko lista moich bardziej lub mniej przyjemnych obowiązków, ale też ludzie. Ludzie jako współpracownicy i ludzie jako trzęsąca całym przybytkiem „góra”. Jak jeszcze wśród tych pierwszych znalazłam sobie przyjazne twarze, tak twarze góry (które tak się martwiły o mnie po incydencie z nadgarstkiem, takie były najbardziej urocze i współczujące) odpowiedzialne są za moje nieprzespane noce, pogryzione wargi i policzki i całą moją nerwowość, którą niestety przelewałam na niewinne jednostki. Przepraszam. 
To szefowa. Wkurwiła mnie. Nie raz. Nie osiem. 
Nie Twoja wina. 
Przepraszam

Zawsze coś musi być, nie? Jak miałam fajną pracę, to nagradzali mnie groszami. 
Jak miałam lekką pracę, to sprzęt i upierdliwi szefowie niewypłacający całości zarobionych przeze mnie pieniędzy czynili ją ciężką i nieznośną. Jak już ujrzałam złote góry, to okazało się że zatrudnia mnie siedem lat ode mnie starsza głupia pipa, próbująca uczyć mnie życia rzucając sentencjami niczym z Coelho. Pipa, która nie potrafiła chyba znieść bezpośrednich konfrontacji, zwalniając moją koleżankę przez osobę trzecią. I tak samo umawiając się ze mną na podpisanie (zaległych kurwa mać) umów lub przekazując jakieś ważne informacje. Przez osobę trzecią. 
O taka jestem zbyt ważna, żeby zadzwonić, hoho. Albo załatwić coś, gdy pracownik jest na miejscu, zamiast go ściągać w dzień wolny. 
Pozdrawiam i całuję. 

Absolutnym klasykiem, prócz insynuowania, że notorycznie kłamię i pewnie jeszcze kradnę, było zadane mi najpoważniejszym na świecie tonem pytanie.

„Czy pani wie jak ciężko się zarabia pieniądze?

Nie, no kurwa, nie wiem. Nie jestem teraz w pracy tylko pływam w basenie wypełnionym gotówką, bo jestem bananowym dzieckiem z funduszem powierniczym i stadniną koni w Arabii Saudyjskiej. 

I tak mi dni mijały, na wiecznym cudzym pmsie, który w końcu rodził mój własny. 
I tak mi źle było. I tak codziennie myślałam o Monachium i myciu garów po starych Niemcach. A chwilami, to nawet i o studiach. No więc wyobraź sobie.
Zapytasz, czemu nie rzuciłam tego w cholerę? Spójrzmy prawdzie w oczy – podróże 
i papierosy kosztują. Zresztą, to nie tak, że nie rzuciłam. Zaraz do tego dojdę.

Gdzieś w międzyczasie zatęskniłam za uczeniem się nowych rzeczy. Zdecydowałam zrobić coś, na co mi trochę brakowało odwagi (i/lub pieniędzy), rozwijać się i tak dalej i zapisałam się na kurs pilota wycieczek. Dało mi to świetny powód, żeby ogłosić, że z końcem lutego znikam. Koniec mojej kariery, koniec smażenia „fryteczek z keczupikiem” 
i podawania „eKS(kurwa!)presso”. Pani prezes podziękowała, że powiedziałam to wcześniej, że dałam czas na znalezienie zastępstwa. Jakiś czas później poprosiła o wypisanie mojej dyspozycyjności w lutym. Dałam jej całe dwadzieścia dwa dni mojego czasu, wpisuj mnie gdzie chcesz, lala.

I taka zadowolona byłam, że jeszcze będę miała kawałek pieniądza i zajęcie przed zaplanowanym już bezrobotnym marcem. 
Że ostatnia prosta, a potem chwila na oddech i dopiero się będę martwić co dalej. 

Wczoraj, po alarmującej ilości wolnego, specjalnie pojechałam obejrzeć grafik. 
Dwa dni
Wpisała mnie na dwa dni
Piątek i niedziela, za tydzień. 
Nie uwierzę, że nie złośliwie. 

Marzyło mi się, żeby mnie wreszcie ktoś z pracy wyjebał, tak na zbity ryj. Nie wiem czemu, może bo zawsze sama uciekałam. I jeszcze płacz za mną był. Albo wkurwione telefony, gdy po trzech dniach wolałam obejrzeć zaćmienie słońca zamiast stać na zmywaku dwanaście godzin i po prostu bez ostrzeżenia nie docierałam na miejsce.
Ale to inna historia. 
A to? To nawet wyjebanie nie jest.
Ani ja sama tego do końca nie rzuciłam, bo to inaczej miało być. 
To praca rzuciła mnie.
Moje życie to komedia.
Jasne strony?
Wyśpię się.
I będę ładnie pachnieć.
Przez prawie cały luty.  
Minus te dwa dni.