środa, 9 marca 2016

wiszę mamie worek pieniędzy.

Po dwóch dniach zaciekłej bitwy z urzędem pracy, po szybkim pakowaniu, po trzech bardzo niekomfortowych godzinach w busie, wysiadłam w Warszawie. Kupiłam biletów na zapas, wskoczyłam w em jeden i ruszyłam w drogę.

Znowu przespałam wszystkie budziki.
Zerwałam się po siódmej, szybko, eyeliner, tusz, brwi, włosy i wio. Plan był taki, że oszczędzam na biletach, to nie jest daleko, no przecież dolezę. Prosta droga, przecież się nie zgubię. I się nie zgubiłam. I doczołgałam się na czas. Problem w tym, że za cholerę nie mogłam znaleźć tego konkretnego wejścia, którego szukałam. Okrążyłam hotel raz. Nic. Zobaczyłam łysiejącego typa, który tak samo jak ja miotał się, patrzył na zmianę w telefon i na budynek.
Byłam dzielna, podeszłam. Zapytałam, czy szuka tego samego. Szukał. Tylko tak jakoś trzysta razy bardziej wkurwiony ode mnie był. Połączyliśmy siły na jeszcze dwa okrążenia. Trochę ten jego wkurw zaczynał mnie przerażać, więc zwolniłam i kontynuowałam poszukiwania na własną rękę. Zapytałam kilka osób. Wreszcie jakiś pan w hotelu powiedział, że wejście jest przez bank. Faktycznie było, nawet kilka kartek wisiało na drzwiach. Nie zauważyłam ich wcześniej.

Spóźniona mniej więcej osiem minut, niewzruszona weszłam do prawie już pełnej sali, z uśmiechem rzuciłam dzień dobry, zdjęłam kurtkę i klapnęłam na najbliższe krzesełko. Nawet nie było mi wstyd.

Od kilku lat staram się walczyć z chyba najgłupszym strachem, jaki mi było dane doświadczać. Boję się wchodzić w miejsca pełne ludzi. Bałam się wchodzić do Legendy (mimo iż zazwyczaj była pełna znajomych), bałam się wchodzić spóźniona do klasy (te same twarze od wielu lat), stresuje mnie wchodzenie do urzędów, przychodni i innych poważnych miejsc. No i do nowych knajp też trochę. Więc albo trzeba było po mnie wychodzić przed drzwi baru, albo odpuszczałam pierwszą lekcję, albo kazałam sobie dokładnie tłumaczyć gdzie co jest wewnątrz budynku (skąd się bierze numerek, na które piętro mam się dostać i którymi schodami etc). Nie potrafię tego wyjaśnić, nikt nie potrafi zrozumieć.
Tamtego dnia w ogóle tego nie poczułam.

Rozejrzałam się. Wszyscy mieli na szyi firmową smyczkę z plastikowym identyfikatorem. Tylko nie ja. Może przy wejściu trzeba było się zgłosić? Może oni wiedzą coś, czego nie wiem ja? Przeczytałam wszystkie imiona po kolei. Też chcę być podpisana. Też chcę smyczkę. Nie wykopią mnie za brak? Wszyscy mają no. Tylko nie ja. Ale siara, nie dość, że się spóźniła, to jeszcze nie ma identyfikatora. Ale wstyd.

Jednak nie byłam ostatnia spóźniona. Po mnie doszły jeszcze dwie osoby. Usiadły w zasięgu mojego wzroku, tak bym spokojna mogła stwierdzić, że też nie mają tych pieprzonych identyfikatorów. A nie, czekaj. Kurwa mać, wyciągnęli zza siebie. Mają. Tylko ja nie mam. Co robić. Pomocy.

Na pierwszej przerwie dorobiłam się swojego kawałka plastiku, napisałam (krzywo jak cholera) na nim swoje imię i już w spokoju mogłam zacząć przyswajać wiedzę. 
Nawet jedno ćwiczenie zrobiłam najlepiej z grupy! Przez chwilę poczułam się pewnie. 

Na przerwie obiadowej poszłam z małą grupką na kebsa. Chuj, niech strację. Chuj, niech przytyję. Ale się trochę zintegruję. Dużo rozmawialiśmy, każdy z każdym, jak starzy znajomi. Gdzieś z tyłu głowy myślałam „ah, gdyby x/y/z mnie teraz zobaczył(a)! Jaka jestem otwarta i dzielna i jak gadam z obcymi!”. Nikt nie wiedział, jak bardzo boję się ludzi, jak bardzo jestem nieśmiała. Trzy godziny później byłam już w drodze do pożyczonego mieszkania. Znowu na piechotę. Padłam na ryj na kilka godzin. 

Następnego dnia byłam przed czasem. Kreski na powiekach miałam równe, a włosy mi się dobrze układały. Osiem godzin minęło jeszcze szybciej niż w sobotę, a ja powoli zaczynałam zadawać sobie pytanie „co ja tu robię”. Bo zaczyna się okazywać, że pisia ze mnie i frędzel, że ci ludzie są lepsi, byli na krańcach świata. A ja nawet we Francji nigdy nie byłam. Że jeden wydał przewodniki po Słowacji, a jedna biegle włada chyba pięcioma językami. Że ktoś był już animatorem na Krecie, a ktoś zna Włochy na wylot. Że trzy osoby są po turystyce a jedna jest wuefistką z wieloletnim stażem. 
A ja? 
Mała lubelska pszczółka, która nie potrafi już na biegu złożyć zdania w języku, którego się uczyła przez osiem (?) lat. I w sumie to nic nie wiem. Nic nie umiem. Nigdzie nie byłam. 
Mała się poczułam, jak główka od szpilki. A tu jeszcze do mikrofonu kazali mówić, żeby ćwiczyć. No kurwa, mikrofon do ręki w momencie, kiedy straciłam całą pewność siebie. 
A mam jej i tak niewiele. 

Z jednej strony zjada mnie stres przed kolejnym zjazdem. Z drugiej strony wciąż mam zamiar serio nauczyć się rzeczy i stać się całkiem w nich dobra. 
I to już nawet nie po to, żeby komukolwiek cokolwiek udowadniać. 
Chyba się starzeję

No ale co jak co, fajnie się bawiłam słuchając mądrych ludzi i notując co ważniejsze rzeczy. A jak się świetnie będę bawić odrabiając lekcje! A zaraz potem napiszę wreszcie pierwszy w życiu list motywacyjny i się zgłoszę do rekrutacji, co mi szkodzi. Może jeszcze coś ze mnie będzie w tym roku. Może będzie ze mnie pilot na wakacje. 
Mam nadzieję.
Bo jeśli nie, to wiszę mamie worek pieniędzy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz