czwartek, 31 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej. [2]

O czwartej rano w czwartek byłam już w drodze na lotnisko. Torba była lżejsza, a ja o dziwo szybko uciszyłam w sobie potrzebę snu. Sunęłam z góry na dół, na stację. Przydałyby mi się słuchawki. No cóż.
Kupiłam bilet za ostatnie drobne, wsiadłam. Pusto. Pusto i gorąco. Bez emocji patrzyłam na tablicę informującą o kolejnych stacjach. Wiedziałam, gdzie mam wysiąść. 
I wiedziałam, że muszę wysiąść sprawnie, bo mam trzy minuty na przesiadkę. 
Nie wpadło mi do głowy, że mój pociąg może przyjechać za późno. Albo ten drugi za wcześnie. Zdążyłam mu tylko pomachać. Następny? Za trzydzieści trzy minuty. 
Ja pierdolę.

Zimne powietrze pozwalało mi trzeźwo myśleć. Wyszłam ze stacji, znalazłam przystanek autobusowy. Trzy minuty do sto dziesiątki na port lotniczy, jestem uratowana.
Pogratulowałam sobie tej męskiej decyzji o autobusie zaraz po przyjeździe na lotnisko. 
Bo kolejki były niesamowite. Nie zdążyłabym na samolot, gdybym została na stacji i czekała na kolejny pociąg. 

Stałam bardzo długo, niecierpliwie tupiąc nóżką i przewracając oczami za każdym razem, gdy jakiś pasażer wracał się kilka razy przez bramkę do bagażu, bo czegoś nie wyjął. Albo czegoś z siebie nie zdjął. No kurwa, przy security był nawet wyświetlany film, pokazujący jak się przez tę kontrolę przechodzi. Ale nie. Trzy butelki wody w podręcznym i dwa kilo biżuterii na sobie to świetny plan na umilenie wszystkim lotniskowych procedur. Chciałabym kiedyś dobrać się do tyłków różnych ludzi na lotniskach. W sensie, że chciałabym grzecznie opowiedzieć, jak się kurwa nie lata. I nie zachowuje. 
I za co powinno się karać. Karami cielesnymi. Mam całkiem sporo do powiedzenia. A jeśli to miałoby w jakiś sposób ograniczyć pewne zachowania i sprawić, że życie lotniskowe stanie się przyjemniejsze, to może ja już zacznę pisać

Nie piszczałam, nie macali, nie kazali rozkręcać aparatu, ale moja kurtka została wylosowana do kontroli. Gratulacje
Okazałam się nie być kryminalistą zamachowcem, zabrałam cały swój dobytek, dotarłam do wyjścia do samolotu i od razu ustawiłam się w kolejkę. Tym razem przydzielili mi miejsce w środku. Między dwójką obcych ludzi, bez słuchawek. Olaboga.
To tylko czterdzieści minut, dam radę. Poczytam sobie, pouczę się, prześpię. Cokolwiek. Chciałaś latać, to masz. Coś za coś

Weszłam na pokład. Jakaś niunia siadła po mojej prawicy, miejsce przy oknie długo zostawało puste. Wiedziałam, że nie mam już szans na tak miłą zamianę, jaka to miała miejsce w tamtą stronę. Siedziałam zbyt daleko od rzędów przy wyjściach awaryjnych. 
I wiesz co? 
Nie do końca miałam rację
Steward zabrał niunię siedzącą przy przejściu. 
To mogłam być ja. Ale ja nie siedziałam z brzegu. 

Zaraz pojawił się typ od miejsca przy oknie. Już zaczęłam wstawać, już zaczynałam go puszczać do jego fotela. Nie wyczołgałam się jeszcze ze swojego rzędu, a jego też zabrali. On też poszedł mieć komfort

Dorotka, nie płacz. Nie płacz kurwa, większe tragedie się dzieją na świecie. Nie płacz kurwa mówię, głód, powodzie i choroby. No zobacz, znowu masz trzy miejsca dla siebie. Nie jest tak źle, co? Jest w sumie całkiem w porządku, całkiem korzystnie. Zobacz, możesz sobie położyć sweter na jednym siedzeniu, książkę na drugim, a sama możesz przez całą drogę robić zdjęcia chmurkom, ale super. Jasne strony, Dorotka. Jasne strony. 

Godzinę później paliłam już papierosa w oczekiwaniu na transfer do centrum stolicy. 
W busie dosiadł się do mnie pan. Zagadał o pogodzie, a potem przez całe pięćdziesiąt minut wymienialiśmy się doświadczeniami z różnych europejskich lotnisk. Pod Pałacem Kultury życzyliśmy sobie miłego dnia i wszystkiego dobrego, efektownie się potknęłam i poszłam w swoją stronę. W stronę marketu, bo umierałam już z głodu. Zakupy jednak oddałam bezdomnemu i z litrem wody pojechałam na busa do domu. 

Moje własne łóżko dawno nie było takie wygodne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz