niedziela, 27 marca 2016

zrobiłam to, co lubię najbardziej.

Trzeci weekend w Warszawie. Powoli zaczynam się czuć jak słoik. Tym bardziej, że już z jednym przyjechałam. W ostatniej chwili zgarnęłam spaghetti mojej siostry, co trochę mnie uratowało. Bo ta impreza trzepie mnie po kieszeni. I nawet nie mam na myśli cen samego kursu. 
Chciałabym móc rzucić jedzenie. Albo chodzić do tej Warszawy na piechotę. Bo takich wydatków jak szybki obiad czy dojazd nie brałam w ogóle pod uwagę. Czy to ta słynna dorosłość znowu dobiera mi się do tyłka?

I znowu to samo. Bus o najgorszej możliwej godzinie, wcale nie za złotówkę, jak to obiecują. Pełny. Jeszcze dwie minuty przed odjazdem wydawało mi się, że nikt się nie dosiądzie. A potem do busa weszły erasmusy. Hiszpańskie, oczywiście. 
Jako dobry człowiek, powiedziałam jednemu, że miejsce koło mnie jest wolne. Trudno, niech stracę. Karma widzi i tak dalej. No i posypały się pytania. „O, mówisz po hiszpańsku? Gdzie jedziesz? A po co?” Zaraz pożałowałam mojego dobrego serca, przerażona, że będzie do mnie mówić przez całe trzy godziny. Na szczęście zajęli się głośnymi rozmowami tylko w swoim gronie. 

Jestem za połową kursu. Były już pierwsze łzy i pierwsze słowa deklarujące przywiązanie. Nie moje, ale w środku zgadzałam się ze wszystkim, co usłyszałam. Nawet jeśli nie dane jest mi być pilotem (tfu tfu), to szkolenie było kawałem dobrej decyzji. Chociażby ze względu na dobrą zabawę i chwilowe poczucie, że jestem na miejscu. W prawdzie przeplatane co jakiś czas pytaniem „co ja tu robię”, ale co raz rzadziej. Za tydzień ostanie zajęcia, za trzy - egzamin. Zobaczymy.

W poniedziałek zrobiłam to, co lubię najbardziej. Wsiadłam w samolot.

Jeszcze w kolejce do kontroli bezpieczeństwa podsłuchałam, że młodzi rodzice uwielbiają tę trasę. Jest świetna do oswajania dzieci z lataniem. I faktycznie, po godzinie stawiłam się w kolejce do boardingu, a gdzie wzrokiem nie sięgnąć, biegały małe rozdarte człowieczki. Naliczyłam dwanaście. Potem jeszcze kilka. 
I sobie pomyślałam ni mniej ni więcej jak „o kurwa”
Byłam przekonana, że co najmniej jeden gówniarz będzie siedział za mną, a jakiś drugi koło mnie. I jeden będzie mnie kopał w fotel, a drugi będzie chciał wstawać i chodzić i zwiedzać (a miejsce miałam przy przejściu). Albo co gorsza - nawiązywać kontakt. 
Nie no, dzieci są całkiem znośne. Niektóre. Czasami. Czasem trochę śmieszne. Ale nie w samolocie. To się po prostu nie łączy. Ja nie chcę, ja proszę je wszystkie nadać do luku

Wspięłam się na pokład, znalazłam miejsce, a przeczucia mnie zawiodły. W moim rzędzie ani jednego dzieciaka, wręcz przeciwnie - starsza para. A niech będzie, nie ma tragedii, raczej będą grzeczni. I wrzuciłam bagaż na półkę, rozsiadłam się i zaczęłam rozplątywać słuchawki. Moje pierwsze porządne słuchawki, starannie wybrane, przemyślane i wymienione za worek złotych monet. 

Podeszła do mnie stewardessa z pytaniem, czy mogę się przesiąść o jedno miejsce do tyłu. Popatrzyłam jej głęboko w oczy i nie zdradzając żadnych emocji, rozpięłam pasy. Wiedziałam, co jest z tyłu. Mistyczna kraina ogromnej przestrzeni na nogi. No i wyjście awaryjne, ale kogo obchodzi wyjście awaryjne, kiedy możesz swobodnie uprawiać jogę jednocześnie na siedzeniach i podłodze? Nie mnie. Nigdy tam nie siedziałam. Dziesięć (jedenaście?) lat temu zaliczyłam pierwszy lot, do tej pory nigdy tam nie siedziałam. Od czterech lat mogę. Serio, nigdy wcześniej tam nie siedziałam. 

Wskoczyłam na środkowe siedzenie. Nikogo po prawej, nikogo po lewej. Trzy miejsca moje. Okno moje. Podłokietniki moje. I moje wyciągnięte nogi. Wystartowaliśmy, założyłam słuchawki. Na twarzy rysował mi się uśmiech, czułam się jak król życia
Oh, jak mi dobrze. 
I było mi tak dobrze ze czterdzieści minut, bo po takim czasie wylądowaliśmy. Zaczęłam się zbierać, zrelaksowana i szczęśliwa. I nie zebrałam się do końca. Najprawdopodobniej zostawiłam słuchawki. 
Proszę o minutę ciszy. Ja wciąż jestem w głębokiej żałobie

Spaliłam papierosa, złapałam skmkę. Już nie było mi tak wesoło. Rozważałam płacz w pociągu, bo chyba jeszcze tego nie robiłam. Na pewno nie w Trójmieście. 

Następnego dnia gorąca czekolada z piankami nad zatoką i sama zatoka trochę poprawiły mi humor. W głowie tłukła mi się wielokrotnie słyszana opowieść o moim pierwszym spotkaniu z morzem (czteroletnia ja i moje „ale wanna!” jako pierwsza reakcja na ogrom wody przede mną), trochę tęsknot, trochę strachów, ale głownie spokój, ład i porządek. Gdyński bulwar był szokiem dla organizmu, który dopiero co uciekł ze stolicy. Dobrze mi było. I dość znajomo, bo kiedyś co najmniej raz w roku bywałam w tym miejscu, w którym mnie teraz goszczono. 

Nie zrobiłam wszystkiego, co chciałam. 
Nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałam.
No i trudno, będę musiała przyjechać (przylecieć!) jeszcze raz.
Jak będzie cieplej, bo przegwizdało mnie konkretnie.
Ale co jak co, dawno mi się tak dobrze nie spało.
Jeśli dobry sen ma mnie kosztować dziewięć złotych w jedną stronę, to ja to kupuję.



2 komentarze:

  1. ale waaaaannnaaaaaa :D

    ciekawe co powiesz na teneryfe :D ;P

    OdpowiedzUsuń