poniedziałek, 25 kwietnia 2016

nie było łatwo.


To już dwa tygodnie od mojego powrotu z Teneryfy. Nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że zakochałam się w tej wyspie.
Zwyczajnie, praktycznie, logistycznie - nie było łatwo.
Mały kawałek ziemi, około osiemdziesiąt kilometrów długości. Ja na jednym końcu, lotnisko na drugim. To znaczy jedno z lotnisk. Bo przyleciałam na południowe, ale wylatywałam z północnego. Tak się robi tanie loty moi drodzy.
Całe szczęście są autobusy. Całe mnóstwo, nawet linie nocne. I moja historia zakończyłaby się właśnie na tym, że w autobus wsiadłam, przesiadłam się ze trzy razy i dojechałam na lotnisko.
Ale nie.

Lot miałam przed dziesiątą rano. A pierwszy autobus z Playa Paraíso około dziewiątej. Jeden jedyny, potem przesiadki. Nie było opcji. 
Mogłam pojechać ostatnimi. Około dwudziestej drugiej byłabym na miejscu, ale wizja koczowania przez dwanaście godzin na lotnisku? No me gusta.
A może stopem? Tym bardziej, że mimo przeżytych dwudziestu dwóch lat i przejechanych tysięcy kilometrów, nigdy nie jechałam stopem. Przygoda! 
Ale siostra, która mi towarzyszyła, była przerażona samą myślą. A znajomi Kai odradzili. Zaufałam, oni tam mieszkają, wiedzą lepiej.

Dzień przed wylotem wstałyśmy, spakowałyśmy się. Bez paniki, coś się ogarnie. 
Poszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy z wifi. Telefon w dłoń, może coś przeoczyłam. Prosząc o rachunek, poprosiłam też o pomoc. Jednak, mimo naprawdę ogromnych starań kilku kelnerów, nie dowiedziałam się niczego nowego. Autobusy jeżdżą, jak jeżdżą. Podziękowałam za chęci, słownie i napiwkiem, i ruszyłyśmy w kierunku wypożyczalni aut. Porażka. Bo jestem za młoda na auto, bo nie wypożyczają na mniej niż dwa dni. Taksówka? Koszt ponad stu euro. No kurwa.

Trudno, wracamy się dopakować i powoli się zbierać na wieczorną podróż autobusami. Żeby uniknąć dwunastogodzinnej imprezy na aeropuerto, zdecydowałyśmy, że poszukamy jakiegokolwiek noclegu w jego okolicy. Przechodziłyśmy koło knajpy, w której prosiłyśmy o pomoc. Kelnerzy nas rozpoznali i zawołali. Jeden z nich powiedział, że mają dziś fiestę, na której będzie jego przyjaciel, który mieszka gdzieś na północy wyspy. 
I w sumie, to może nas tam zawieźć.

Zrobiłyśmy wielkie oczy, a w głowie szybko zrobiłyśmy listę za i przeciw.
Z kraju nas nie wywiozą. Poza wyspę też może być ciężko. Pustynia? Puszcza? Mała wyspa, w końcu znajdziemy cywilizację. Burdel? Na organy? Damy sobie radę, byle nie dać się rozdzielić. A może się polubimy, zaadoptuje nas i zostaniemy żyć w tym pięknym miejscu? Na pewno zaoszczędzimy i czas i euro. I nerwy, które by towarzyszyły przesiadkom.
Usiadłyśmy na kolejną kawę, znalazłam spanie. Jedenaście euro za łeb.

Dwadzieścia minut później, pojawił się kelner. Przyprowadził chyba najbardziej nieśmiałego hiszpana, jakiego w życiu widziałam. Młody, aparat na zębach, wpatrzony w swoje buty. I podobny do Jarosława Boberka. Zaraz obok pojawiła się jego żona, z wózkiem.
Spoglądając na dziecko, które było niemalże gwarancją, że nie umrzemy na autostradzie, umówiliśmy się na dziewiętnastą, w knajpie, już z bagażami.

Ostatnie spacery.
Ostatnie zdjęcia.
Ostatnie piwa i ośmiorniczki.
Doczołgałyśmy się, zapakowałyśmy się do auta i wio. Niezręcznych rozmów było w sam raz. Po dotarciu do centrum La Laguny, żona zaprowadziła nas prawie za ręce, pod samo wejście do kamieniczki, w której miałyśmy nocleg. Pochwaliła mój hiszpański. Nie chciała pieniędzy, a ja nie umiałam wystarczająco podziękować. Do tej pory, na samą myśl, czuję ogrom wdzięczności, ale i wstyd, że nie umiałam jej wyrazić. 

Rano taksówka za ostatnie siedem euro.
Ostatni wschód słońca.
Ostatnie spojrzenie na wulkan Teide.