niedziela, 29 maja 2016

wszystko zaczęło się układać.

To chyba serio jest tak, że głupi ma szczęście. No ale ile można. 
Od jakiegoś czasu ja się po prostu na tym szczęściu prześlizguję przez życie. 
Na ładne oczy i duże cycki urok osobisty. 

Po dwóch miesiącach spędzonych prawie na walizkach, po powrocie z Teneryfy, po zdaniu egzaminu na pilota (!), wszystko zaczęło się dziać i układać, samo.

Najpierw urząd pracy.
- Oooo, pani ma dwa języki. Bardzo dobra znajomość. Mariola, tam do tego biura podróży to musi być wyższe wykształcenie?
- No tak napisali.
- Ale pani tu ma dwa języki. I kurs pilota pani właśnie skończyła. Jak u pani z geografią? Ja panią tam skieruję, czemu nie, a może się uda. Bo pani jeszcze nie brała od nas stażu żadnego, prawda? Mariola, skierujemy panią. 
Nie zdążyłam się odezwać. Machnęłam kilka podpisów, dostałam do ręki kwit i wyszłam. Zaraz go rozłożyłam. Stanowisko: specjalista ds. turystyki. Parsknęłam śmiechem.

Potem przemiła rozmowa o ten staż.
Poumawiałam się na dni próbne, popatrzyłam na moje przyszłe obowiązki. I kazali mi czekać na telefon.
Potem ten telefon
szóstego maja dokładnie. 
- Hej Dorotka. Jesteś dyspozycyjna dziesiąty-siedemnasty? Bo robimy wyjazd szkoleniowy na Bałkany, pojechałabyś z nami. Tylko sobie weź jakiś pieniądz żeby mieć na jedzenie i może jakieś piwko. To co?
Tyle entuzjazmu to ja w sobie dawno nie miałam. Już byłam pogodzona z tym, że przez ponad pół roku nie opuszczę Lublina na dłużej niż weekend (i to przy dobrych wiatrach)
A tu proszę.Tydzień w trasie, ogrom kilometrów, prawie całe południe Europy. I do tego niespełna pięćdziesiąt obcych osób, zapakowanych ze mną w jeden autokar. Byłabym głupia, gdybym odmówiła. 

Potem ten wyjazd.
I wiecie co? Po raz pierwszy duża część moich obaw się spełniła. I magicznie się okazało, że nawet jeśli tak się dzieje, to nie jest to koniec świata. Bawiłam się średnio, bywało mi źle. Ale niespodzianka, przeżyłam. Po prostu po przekroczeniu progu domu się rozpłakałam. Po dziesięciu minutach całe ciśnienie ze mnie zeszło. Wzruszyłam ramionami, machnęłam ręką. Idziemy dalej. 

I kolejny świeży start.
Umowa o staż podpisana, tydzień przepracowany. Z jednej strony nie czuję się pewnie, z drugiej próbuję nakierować się na myślenie, że to jest to, czego mi teraz trzeba. 
Nie będę pilotażować w tym sezonie, to pewne. Ale będę miała z tym kontakt, ogarnę organizację z perspektywy biura, w końcu to cały czas turystyka, to cały czas ma związek z tym, co bym chciała robić. A więc nie ma, że boli. Nie ma, że się nie chce. Nie ma, że nie umiem usiedzieć w jednej pracy więcej niż kilka (trzy? pięć?) miesięcy. 
Co MUP złączył, niech moje lenistwo nie rozdziela, amen. 

Jeszcze kilka lat temu, za żadne skarby bym się nie zdecydowała na samotne weekendowe podróże do obcego miasta, żeby uczyć się czegoś, czego nawet nie jestem pewna. Z obcymi ludźmi. Nie zdecydowałabym się jechać nawet w tak atrakcyjnie wyglądającą podróż, nie mając chociaż jednej bliskiej osoby na siedzeniu obok. Nie zdecydowałabym się podejmować pracy, na której się zupełnie nie znam. 

A teraz? Wstaję koło szóstej rano. Makijaż, ubranie, włosy. Pakuję plecak, zakładam buty. I jeszcze przed samym wyjściem patrzę w lustro. Trochę po to, żeby sprawdzić, czy resztki śniadania nie zostały mi na brodzie. A trochę po to, żeby sobie powiedzieć, że jestem z siebie dumna
Tak troszkę. 

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. ja też! i po cichu zazdroszczę drogi, którą wybrałaś po szkole średniej! :(

      Usuń