piątek, 8 września 2017

ostatni raz na za krótkiej kanapie.

Moja praca jest dość specyficzna z wielu względów. Biuro podróży, które tak naprawdę nie jest biurem, a przestronnym mieszkaniem z antresolami. Mamy normalną kuchnię, mamy balkon i pokoje. Każdy ma swoje miejsce, jednak jeśli nie ma ochoty na biurową pozycję, może po prostu przenieść się na kanapę, ułożyć się z laptopem na kolanach i przykryć kocem, jeśli pogoda sygnalizuje koniec sezonu. Gotujemy, mamy ciapki i nie ubieramy się jak poważni ludzie. Przestałam się malować. Jeśli ktoś do pracy przychodzi prosto z treningu - jest prysznic, jest wanna, można się ogarnąć. Zdarza się nam zostać tu dłużej, już po pracy. Wypić drinka, pośmiać się. W szafce zawsze mamy paluszki.

Gdy zaczynałam tutaj, byłam przekonana, że to praca od poniedziałku do piątku, od ósmej do szesnastej. Potem elo, własne życie i zero zmartwień. Zderzenie z rzeczywistością boli do dziś. A najgorsze jest to, że nikt z zewnątrz totalnie nie rozumie na czym polega dyżur w weekend. Że od dziesiątej w sobotę do poniedziałku do ósmej tak naprawdę się pracuje. W domu, ale się pracuje. Nie bez przerwy, nawet nie większość czasu. Ale jeśli dzwoni telefon - odbierasz. A jeśli to środek sezonu, to dzwoni często. I musisz mieć wtedy dostęp do systemu, do maili, do bazy danych. Musisz pomóc. Bo masz dyżur. Więc nie pójdziesz na imprezę. A jeśli pójdziesz, to z telefonem i laptopem pod pachą. Telefon będzie miał włączony dźwięk, a całą imprezę przesiedzisz w trybie czuwania. Bo może ktoś będzie potrzebować pomocy.

-Kiedy kończysz pracę?
-W październiku. 

W październiku nie ma wyjazdów. W październiku łapie się oddech i potajemnie gra w makao. Ale i ogarnia się sezon zimowy. Tylko jest spokojniej, mniej, leniwiej. Przez chwilę, bo potem znowu się zaczyna.

W tym roku zapadła decyzja, że ostatnia zmiana, nocna, pracuje w biurze. Od szesnastej do ósmej następnego dnia. Chcesz, to się zdrzemnij. Trzy kanapy, jeden materac na antresoli. Ale jak o czwartej dzwoni telefon, to go odbierasz. A rano budzisz się przed ósmą, aby pierwsza zmiana mogła zacząć od zera. Bez odpowiadania na maile jeszcze sprzed północy.
Ja rozpoczęłam sezon na te zmiany, mój tydzień był pierwszy, a te noce były okropne. Na początku nie działo się nic. Nie znaczy to jednak, że mój organizm dostawał odpowiednią dawkę snu.
To mieszkanie trzeszczy. Trzeszczy podłoga, trzeszczy antresola i słupy. Włączają się drukarki, lodówka buczy, zmywarka piszczy i kot stuka w drzwi balkonowe. Plus stres, że coś będzie się działo, a ty nie usłyszysz telefonu. Do tego za krótka kanapa i poduszki z pierza (a jestem uczulona), nierzadko tarza się po nich pies menadżera (na psa jestem uczulona też). Koc za mały. Zimno, gorąco, chcę do domu.

I wstawałam kawał czasu przed ósmą, robiłam co miałam do zrobienia i znudzona czekałam na zmianę. W domu odsypiałam. Nikogo nie widziałam przez taki tydzień, nawet własnego ojca. Jadłam to, co w pośpiechu kupiłam sobie w sklepie i, słodki jeżu, roztyłam się okropnie. I było mi smutno.
Po kolejnym takim tygodniu miałam ochotę głośno mówić "dzień dobry" gdy wchodziłam do własnego mieszkania. Bo jakieś takie obce.

Przez ten styl życia i pracy, czas leciał jak szalony. Nigdy nie wiedziałam jaki był dzień tygodnia, ale sobota wjeżdżała momentalnie, jedna za drugą.

Dziś jest mój ostatni raz w tym sezonie. Moje ostatnie piżama party w biurze. I nawet faktycznie, pierwszy raz w tę piżamę się przebrałam.

Nie będę już podskakiwać na dźwięk szalejącej drukarki. Dziś moje ostatnie spanie na za krótkiej kanapie i poduszkach z pierza.
Dziś moja ostatnia nocka. Otwierałabym szampana, ale mam tylko te paluszki.

czwartek, 23 marca 2017

wzruszam ramionami.


Byłam z siebie taka dumna jak zaczynałam pisać. Myślałam, że jestem lepsza i mądrzejsza, bo nie poszłam na studia. Patrzcie, podziwiajcie i przyklaskujcie. Umiem lepiej w życie, wiem co robię, a robię kurwa karierę. Taka jestem najmądrzejsza, bo nie zarywam nocek nad książkami, bo nigdzie nie muszę być, nic mnie nie stresuje i nic mnie nie trzyma.
Dlaczego ja nie dostałam ani razu po ryju? 
I dlaczego wciąż ktokolwiek chce się ze mną bawić?
Ja bym nie chciała. 

Minęło mnóstwo czasu. Zdążyłabym już skończyć jakiś kierunek, może wiedziałabym coś więcej, może miałabym więcej możliwości, albo chociaż plan. A może jedynie zdobyłabym szacunek rodziny i usłyszałabym, że są dumni. A w środku wcale bym się nie czuła powodem do dumy.
Minęło mnóstwo czasu, a ja trochę zaczęłam inaczej patrzeć na studentów, wszystko jedno czy znajomych czy nie. To znaczy, ogółu dalej nie znoszę i kojarzy mi się źle, jednak trochę szanuję i trochę podziwiam. Serio.
Szczerze mówiąc miałam w tamtym roku moment, że sama chciałam się na studia zapisywać. Znalazłam uczelnię daleko od domu. Jedyny taki kierunek, jedyna taka szansa! Dorotka, przecież dałabyś sobie radę. Przecież chciałabyś umieć coś nowego. Przecież chciałabyś codziennie rano jeździć tramwajem (czy w Toruniu są tramwaje?) z książkami pod pachą, z kawą na wynos i z poczuciem przynależności. Z przekonaniem, że jak skończy się batalia o dobre oceny to zostanę kimś. Tylko, że zabrakło mi osiemdziesiąt złotych na opłatę rekrutacyjną. A potem pomyślałam, że przecież musiałabym pół życia rzucić i zostawić. I nikt by mi nie dał na stancję. I pewnie musiałabym się uczyć rzeczy, których bym nie chciała. A za osiemdziesiąt złotych to można kupić ważne, potrzebne rzeczy albo chociaż lot do Gdańska i z powrotem. Pierdolę.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Może już teraz byłabym w stanie dogadać się z jakimś Albańczykiem. A może rzuciłabym wszystko po miesiącu zmarnowawszy czas. I osiemdziesiąt złotych!
Więc w ten właśnie sposób znowu nie zostałam studentką.
To już czwarty raz!

Z jednej strony czuję się trochę jak ostatni przegryw. Tracę zainteresowanie wieloma rzeczami, jestem jeszcze bardziej leniwa niż kiedykolwiek byłam. Prawie przestałam się malować i cały czas chodzę w dresie (kupiłam trzy takie same pary, tak bardzo jestem zaangażowana w bycie leniwą i wygodną flądrą), czasem w wyblakłych leginsach (tych już nawet nie zliczę). W pokoju mam już cztery worki ze śmieciami, które po prostu leżą i czekają. Na co? Nie wiem, dziś wyniosę, obiecuję. Regularnie wynoszę naczynia do kuchni i ubrania do prania, ale nie pamiętam kiedy tak naprawdę sprzątałam. Dużo leżę i dużo śpię. Ogarnęłam multisporta ale prawie go nie używam. Nie robię nic. Przy moim obecnym stylu życia chyba nie dziwi to, że nic nie napisałam od sama nie pamiętam kiedy.
Z drugiej strony mam pierwszą w życiu umowę o pracę, resztki meksykańskiej opalenizny i bardzo udany rok za sobą. Od dłuższego czasu mniej więcej raz w miesiącu gdzieś wyjeżdżam, chociaż na chwilę. Chciałabym stwierdzić, że żałuję, że nie przeżywałam tego wszystkiego też tutaj, a moje opowieści kończyły się tam, gdzie ostatnie z pięciu zdań na szybko przesłanych najbliższym znajomym. Ale czy mój żal byłby istotny? Trochę wzruszam ramionami

Nie wiem, czy tu wracam. Na nic się nie nastawiam. 
Ah! Sprawdziłam! W Toruniu tramwaje.